Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tofu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tofu. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 czerwca 2015

Weganka w Chinach (część I)

Często wyjeżdżam (taka praca), ale tym razem rzuciło mnie naprawdę daleko. Chiny. Moja pierwsza wizyta w Azji, na pewno nie ostatnia. Nieznane mi dotąd poczucie kompletnego zagubienia - w niezrozumiałym świecie i języku. Więcej różnic niż podobieństw, konieczność nauczenia się odpowiedniego zachowania a nawet poruszania się po ulicy, bo w niektórych miastach sygnalizację ignorują wszyscy - od kierowców autobusów po pieszych - a zarówno chodnikami jak i ulicą bez przerwy mkną dziesiątki skuterów.

Ale do rzeczy. Jak podróżuje się po Chinach wegance? Ciężko. Bez przewodnika w postaci osoby znającej chiński (na szczęście miałam w grupie zarówno świetnie władających po chińsku Polaków jak i znajomego Chińczyka), bardzo trudno sprawdzić skład czegokolwiek (napisy po angielsku trafiają się bardzo rzadko) albo dopytać w restauracji o składniki potraw. Bo może się okazać, że pięknie brzmiące "tofu z warzywami" jest okraszone sosem, który powstał na bazie mięsnego bulionu...

Jednak jak już trafi się na wegańskie jedzenie, nie można odkleić się od różnych rodzajów tofu, ostrego szpinaku, specyficznych kiszonek i wyrazistych sosów. Próbując różnych potraw miałam wrażenie, że znana mi z Polski kuchnia chińska ma bardzo niewiele wspólnego z tym, jak smakuje w oryginalnym wydaniu. Jest przede wszystkim niesamowicie zróżnicowana, każdą prowincję wyróżnia nieco inna dominanta smakowa (od słodkiej po bardzo ostrą), zaś propozycje azjatyckich restauracji oferujących dania chińskie mają zwykle dość podobny, słodkawy charakter.

Jeśli chce się spróbować chińskich smaków, proponuję zakupy w delikatesach oferujących importowane sosy, marynaty i przyprawy. Ceny są naprawdę przyzwoite a słoik pasty chilli czy z czarnej fasoli kupiony za nawet za 10 czy 15 złotych wystarczy nam na długo.


______________
Orzeszki podawane w restauracjach w oczekiwaniu na dania główne. Niektóre smakowe (w marynacie), inne przyrządzane na bardzo ostro. Zjedzenie ich pałeczkami było dla mnie mega wyzwaniem (śliskie, małe, obłe = katastrofa), ale pod koniec wyjazdu już zapomniałam po co jest widelec.




Napoje owocowe m.in. o smaku liczi i wędzonej śliwki (korzenny, przypominający w smaku kompot wigilijny).


Bardzo podobał mi się sposób podawania jedzenia. Każdy otrzymuje miskę ryżu tylko dla siebie a wszystkie sosy, warzywa, tofu i inne potrawy stoją na środku stołu tak, żeby każdy mógł skubnąć pałeczkami tyle, ile chce. Dzięki temu spróbowałam wielu dań i nie byłam zmuszona do zamówienia tylko jednej.


 Bakłażan pieczony z czosnkiem.

Tofu, kilka rodzajów grzybów, ryż, szpinak. Czyli mój podstawowy zestaw wyjazdowy.



Jedno z pierwszych hotelowych śniadań. Kiszona rzodkiewka i kapusta, szpinak, tofu, arbuz. Chłopcy nieco jęczeli mając do wyboru jeszcze słodkie ziemniaki z wody, słodkie bułki i jakieś mięsne coś, do czego nawet nie zaglądałam, ale przyzwyczaili się ;)


Przystawka w innej restauracji. Zgodnie z definicją: pomidory, ogórki, arbuz, czyli owoce :)




Kolejny przykład bardzo integracyjnego posiłku. Na środku stołu na palniku gotuje się bardzo ostra zupa, dookoła stoi mnóstwo rzeczy, które każdy wkłada do wywaru, podgotowuje i pałeczkami wyciąga na swój talerz. Ja miałam swój wegański bulion w oddzielnym tygielku (na samym środku dużego kociołka) a do niego wybór grzybów (powyżej), kilka rodzajów tofu, gałązki kolendry, słodkie ziemniaki, kukurydzę. Do tego ryż i bardzo gęsty sos sezamowy. 




Cały poniższy talerz wypełnia tofu. Jeden z moich ulubionych produktów, nie mogłam się odkleić od talerza :) :) :) ugotowane w bulionie smakowało fantastycznie, na pewno spróbuję przygotować je w ten sposób.



Dalszy ciąg moich chińskich zmagań i przepisy na dania, które można przyrządzić bez wizyty w Azji w następnych postach. Do Państwa Środka wybieram się znów w niedługim czasie.

sobota, 8 listopada 2014

Jesienne tofu (pieczone z kasztanami)


Nie mam czasu ani ochoty na dłuższe eksperymenty kulinarne, wciągam masę jabłek na przemian z caprese z tofu naturalnego i sałatą z paczki (bo już umyta :) i nie trzeba przy niej za wiele robić). 

Odkrywam też gotowe zupy za 5 zeta z Biedry, bardzo dobry skład, trzeba je tylko doprawić - są mało wyraziste w smaku (no dobra, są po prostu mdłe). 

W głowie mnóstwo pomysłów, ale na razie na tym koniec, w grę wchodzą tylko przekąski, które da się zrobić w kilka minut. Poniższa jest niebanalna, bo z dodatkiem kasztanów. Doskonała do kaszy gryczanej (najlepiej ugotowanej i podprażonej w piekarniku) lub do miski sałaty. 


Tofu z kasztanami

1 opakowanie wędzonego tofu (około 200 g)
1/2 paczki kasztanów (użyłam firmy Solida)
Pól małej ostrej papryczki
Szczypta ostrej papryki w proszku
oliwa
czarny pieprz
sól kala namak

Tofu pokroić i ułożyć je w naczyniu do zapiekania smarując każdy plater odrobiną oliwy (najlepiej użyć pędzla), porządnie przyprawić solą, posypać pieprzem, drobno posiekaną ostrą papryczką i resztą przypraw. Dodać kilka kasztanów (jeśli nie są nacięte - moje były - zrobić nożem krzyżyk). Piec w nie za mocno rozgrzanym piekarniku (żeby tofu się nie spiekło) około 20 minut* i od razu podawać.



* Kasztany, których użyłam są gotowe do jedzenia prosto z paczki i tylko je podpiekłam. Jeśli używamy surowych, można je wrzucić do piekarnika chwilę wcześniej niż tofu, żeby zdążyły się porządnie upiec.

______

Biedrowa zupa w wersji marchewkowej:




wtorek, 17 czerwca 2014

Ciasto serowo-jaglane



Eksperymentów z kaszą jaglaną nigdy dość, tym razem słodko-kwaśne ciasto z bakaliami i tofu w roli twarogu. Nie za ciężkie, z waniliowym sosem z truskawek. Do dzieła:

Ciasto

kostka tofu naturalnego Solida (około 270 g)
dwie pełne szklanki ugotowanej kaszy jaglanej
pół puszki mleka kokosowego (z lodówki)
sok z 1 cytryny
4 łyżki syropu z daktyli (lub innego słodzidła)
garść orzechów włoskich
garść rodzynek
przyprawa do masy serowej
cynamon

Tofu zblednować z mlekiem kokosowym, sokiem z cytryny i słodzidłem (jeśli używamy innego syropu niż daktylowy pewnie trzeba będzie dodać go trochę więcej). Dodać pozostałe składniki i porządnie wymieszać łyżką. Piec w formie wysmarowanej olejem/wyłożonej papierem do pieczenia (temperatura: 180 stopni, czas: 30-40 minut). 

Sos

dwie garście truskawek
ekstrakt waniliowy+wanilia wyskrobana z połowy laski
odrobina mleka sojowego
syrop z agawy
cynamon 

Wszystkie składniki zblendować, kilka truskawek pokroić i dodać do sosu bez miksowania. Gotowe!

_________________________
Moim zdaniem ciasto smakowało najlepiej kiedy było lekko ciepłe - co prawda trochę trudniej je wtedy kroić, ale nie rozpada się jakoś strasznie (po wystudzeniu robi się bardziej zwarte i twardsze jednak nie jest suche).


piątek, 26 kwietnia 2013

Zapiekanka z tofu z suszonymi pomidorami

W przeciwieństwie do P. i mojej baby sis nie jestem fanką makaronu. Oni mogliby go wcinać codziennie z minimalną wręcz ilością dodatków, dla mnie to zbyt zapychające danie (nie wydaje mi się też żeby było szczególnie obfitujące w składniki odżywcze), dlatego też z makaronów najchętniej zjadam sam sos :) 

Czasem staram się jednak zrobić coś z ulubionymi kluchami P., dziś przygotowałam zapiekankę z makaronu, tofu i pomidorów. To bardzo smaczne i niewymagające czasu ani wymyślnych składników danie. No dobra, dla mnie mogłoby się obejść bez makaronu ;)




Zapiekanka z tofu:

250 g makaronu 
2 kostki tofu naturalnego (po 300g)
puszka pomidorów
sól, pieprz i inne przyprawy (u mnie: oregano, słodka papryka, bazylia, czosnek, szczypta chilli)
2 łyżki tahini (opcjonalnie)
pół szklanki niesłodzonego mleka sojowego
klika suszonych pomidorów plus trzy trochę oliwy z zalewy

Makaron należy ugotować w wodzie z odrobiną oliwy i soli (powinien pozostać lekko twardy), tofu zblendować z mlekiem sojowym, puszką pomidorów, pastą tahini i przyprawami. Makaron należy wymieszać z ulubionymi przyprawami (będzie bardziej wyrazisty) i włożyć do naczynia do zapiekania, na nim ląduje warstwa tofu, na samym wierzchu układamy kilka pomidorów z zalewy i skrapiamy tofu oliwą od pomidorów (jest bardzo aromatyczna więc dodatkowo podkreśli smak). Całość wstawiamy do piekarnika nagrzanego do około 180 - 200 stopni i pieczemy aż tofu zrobi się lekko spieczone.





sobota, 23 marca 2013

Delikatnie truskawkowy, lodowy sernik z tofu



Bo kiedy jeść lody, jak nie zimą? Na przekór minus dziesięciu stopniom na termometrze, trzem warstwom swetrów, dwóm parom rękawiczek i prognozom, że trampki poleżą w pudełku jeszcze trzy tygodnie... Do tego z wybitnie sezonowymi owocami - truskawkami - których smak stanowi jednocześnie obietnicę i wspomnienie, kryjącej się przecież gdzieś za rogiem (a kalendarzowo już w pełni obecnej) - wiosny.

A przy tym zero groźby załatwienia sobie gardła - wręcz przeciwnie, bo zimny klimat to słabe warunki do rozwoju różnych ustrojstw :)

Lodowy tort truskawkowy:

Spód:
2 filiżanki zmielonych migdałów
kilka daktyli (jeśli suszonych, trzeba je wcześniej namoczyć)
1-2 łyżki rozpuszczonego oleju kokosowego (opcjonalnie - dałam go na końcu i da się zrobić ten deser bez tego składnika)
szczypta soli

Wszystkie składniki wrzucamy do miski i blendujemy aż się połączą. Kiedy masa będzie zwarta, wyklejamy nią foremkę (u mnie o średnicy 18cm, ale deser wyszedł bardzo wysoki więc spokojnie może być trochę większa). Jeśli do powierzchni używanego naczynia łatwo wszystko się przykleja (albo forma się nie otwiera), warto wyłożyć je kawałkiem folii. Tak przygotowane ciasto wkładamy do lodówki.

Krem:

3 kostki tofu naturalnego (u mnie Solida, czyli około 800-900g)
1 łyżeczka pasty waniliowej (lub ekstrakt waniliowy/olejek/ziarenka wyskrobane z laski wanilii)
Stewia (lub inne słodzidło według upodobań)
Agar (20 g)
Mleko sojowe (około 1,5 szklanki)
Kilkanaście mrożonych truskawek
Sok z cytryny
Sok z pomarańczy
Płatki lub wiórki kokosowe do posypania

Blendujemy na gładką masę: tofu, słodzidło, sok z cytryny (proponuję dolewać go stopniowo sprawdzając, czy smak jest wystarczająco kwaśny), sok z jednej pomarańczy i niecałą szklankę mleka sojowego. Dorzucamy zamrożone truskawki i blendujemy jeszcze raz. Gotowa masa powinna być gęsta, ale puszysta (jeśli jest zbyt zbita, można dodać jeszcze trochę mleka). Do 1/3 kubka mleka dodajemy agar, podgrzewamy żeby proszek się rozpuścił i wlewamy do reszty składników. Masę ponownie mieszamy blenderem, przekładamy na migdałowy spód i posypujemy wiórkami kokosowymi (u mnie w formie chipsów).



Uwagi:

Masę z tofu można spokojnie zrobić z połowy składników i deser nadal będzie porządnej wysokości (mniej więcej klasycznej tarty). Na początku kuchennych działań wrzuciłam do miski od razu trzy kostki tofu i później resztę dodatków trzeba było dopasowywać do ilości sera, przez co wyszło mi naprawdę dużo kremu (po dodaniu reszty składników i dokładnym zblendowaniu zrobił się puszysty).

Stewię można zastąpić syropem klonowym, z agawy, słodem pszenicznym, a w ostateczności i cukrem, choć nie polecam ;)

Jeśli doda się trochę więcej agaru niż w podanym przepisie, ciasto wystarczy schłodzić przez kilka godzin w lodówce żeby porządnie stężało. A jeżeli chcecie tort lodowy, wsadźcie je do zamrażalnika na godzinę, dwie tak, żeby mocniej zmroziło się tylko z zewnątrz, a środek pozostał lekko miękki i kremowy. Torcik można też zamrozić na kość (jeśli potrzebujemy go dopiero następnego dnia), a na kilka godzin przed podaniem przełożyć do lodówki, żeby trochę odtajał.

A to jeden z moich ostatnich zakupów kulinarnych - fantastyczna pasta waniliowa, która zapewnia nie tylko aromat, ale i piękne piegi. Jest bardzo gęsta (przypomina w konsystencji miód), a jedna łyżeczka odpowiada lasce wanilii. Oczywiście do powyższego przepisu można użyć zastępstwa w postaci olejku, aromatu itp.



Na zdjęciu widać, że mocno zamrożona jest tylko zewnętrzna warstwa, a środek pozostał kremowy przez co tort ma wyraźny smak, ale i lekko lodową konsystencję.


środa, 6 marca 2013

Naleśniki z kremem z tofu

Jutro witariański dzień (na parapecie rosną już w słoiku kiełki), a dziś jeszcze rozpusta, chociaż ja ograniczyłam się do zjedzenia kremu, a naleśniki pochłonął P. 


Naleśniki:

Niestety nie korzystam z żadnego przepisu, nie ważę ani nie odmierzam składników. W misce ląduje mąka pszenna pełnoziarnista i trochę białej, do tego dolewam wodę, mleko sojowe, olej, dorzucam szczyptę soli i, jeśli naleśniki mają być w wersji słodkiej, ekstrakt waniliowy. Zmiksowanie ciasto odstawiam (koniecznie!) na 30-40 minut. To chyba sekret udanych naleśników, gluten pęcznieje i wówczas orientuję się, czy dodać jeszcze płynów, ciasto powinno być konsystencji śmietany - owsianej, rzecz jasna ;)

No i patelnia: w grę wchodzi tylko teflon :)


Krem do naleśników:

Kostka tofu
Mleko sojowe
Pół tabliczki czekolady (BTW: W Lidlu jest fajna wegańska kuwertura do wypieków)
Sok z cytryny 
Słodzidło (u mnie stewia, ale może być dowolny syrop - a agawy, brzozy, mlecza)
Wanilia (w dowolnej postaci - ekstrakt, olejek)

Tofu miksujemy z sokiem z cytryny, dolewamy tylko tyle mleka, żeby uzyskać gładką konsystencję. Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej i powoli dodajemy do tofu (dobrze, żeby nie było ono bardzo zimne, bo może się zwarzyć), wrzucamy jeszcze słodzidło (w zależności od tego, jak słodki krem chcemy uzyskać) i ekstrakt waniliowy.

W naleśnikach P. wylądowało jeszcze masło orzechowe i czekoladowe chipsy, sos zastąpiła resztka czekoladowego deseru. W moim kremie z tofu łyżka proteiny sojowej - półmaraton za niecały miesiąc, trzeba się ogarnąć! :)


czwartek, 14 lutego 2013

Tort schwarzwaldzki i niekoniecznie walentynkowa herbata w wersji DIY




Absolutny hit ostatnich tygodni, czyli wegański tort schwarzwaldzki. Pałaszowany w moje niedawne urodziny, na akcji Ciasto w miasto, wreszcie spotkaniu teamu biegowego mojego P. Każdorazowo zachwycający wszystkich i u wszystkożerców rewidujący poglądy na temat wegańskich wypieków (przyjaciel P., odkąd spróbował, ciągle wspomina o nim przez telefon).

A teraz żeby nie było, że popadam w megalomanię, muszę zaznaczyć, że pierwszą wersję tego ciasta przygotował mój ojciec robiąc mi urodzinową niespodziankę. Sam wykombinował jak zrobić wegański tort, a że niestety wege nie jest, piorunujący efekt uważam za sukces podwójny ;) 

Zmodyfikowałam nieco jego wersję, żeby ciasto było mniej zbite i delikatne, no i opracowałam quasi-cukiernicze ozdoby. Ale do rzeczy:

Na tort schwarzwaldzki potrzebujemy:

Na krem:
◆Puszkę mleka kokosowego (porządnie schłodzonego w lodówce, najlepiej choć kilka dni)
◆Słodzidła (cukier puder trzcinowy, syrop z agawy, stewia w proszku)
◆Odrobiny glukozy i skrobi ziemniaczanej albo torebkę fixu do bitej śmietany (który w zasadzie nie zawiera nic innego niż podane składniki)

Na ciasto:
◆2 szklanek mąki
◆3/4 szklanki ciemnego kakao
◆2 i 1/2 łyżeczki sody
◆szczypty soli

◆szklanki mleka
◆szklanki oleju
◆1 i 1/2 szklanki cukru dark muscovado

Do przekładania i dekoracji:
◆ dwóch tabliczek gorzkiej czekolady
◆Słoika wiśniowej konfitury (niskosłodzonej, lub gotujemy kompot z paczki mrożonych wiśni, chodzi o to, by owoce nie były zbyt słodkie)
◆3/4 kubka mocnej kawy (najlepiej zaparzonej mielonej)


Ciasto:
Pierwsze cztery produkty mieszamy w jednej misce, pozostałe trzy w drugiej. Łączymy i mieszamy łyżką żeby składniki się połączyły. Nie wkładamy w to zbyt wiele energii, ja zostawiłam trochę grudek dzięki czemu w cieście były chrupiące kawałki lekko skarmelizowanego cukru (dark muscovado jest bardzo lepki). Przekładamy do foremki, która umożliwi nam przekrojenie ciasta na trzy części w poziomie. Pieczemy do momentu, aż drewniany patyczek włożony w ciasto będzie suchy.

Krem:
Zbieramy gęstą część mleka kokosowego, miksujemy na wysokich obrotach dosładzając do smaku (nie za dużo, ciasto jest dość słodkie), dodajemy usztywniacz (czyli skrobię lub fix) i jeszcze chwilę miksujemy. Jeśli ciasto będzie zjedzone w niedługim czasie po przygotowaniu myślę, że spokojnie można ominąć ten dodatek do śmietany. Jednak jeśli ma stać, lub będzie podróżować, warto go dodać żeby uniknąć rozpływania się kremu.

Wierzch:
W kąpieli wodnej rozpuszczamy czekoladę, na rozłożonym papierze do pieczenia (albo innej nieprzywierającej powierzchni) rozmazujemy ją w prostokątne płaty i pozostawiamy do zastygnięcia. Kiedy czekolada stwardnieje, ale będzie wciąż plastyczna, delikatnie odrywamy kawałki czekolady i zwijamy je w przeróżne kształty. Ozdoby wkładamy do lodówki, żeby całkowicie stężały.


Ostudzone ciasto kroimy wzdłuż na trzy części, kompletnie nie potrafię kroić tortu nitką, więc żeby płaty były równe, posłużyłam się odwróconym talerzem: ciasto wylądowało na stole, a ja opierając nóż o talerz przesuwałam nim po blacie. Odkrojony kawałek odłożyłam na bok i powtórzyłam operację z pozostałą częścią ciasta.

Nasączamy spód tortu kawą, smarujemy konfiturami, kładziemy trochę bitej śmietany i przykrywamy środkowym płatem ciasta. Na to znów kawa, konfitury, krem i kładziemy wierzch. Pozostałą część czekolady rozsmarowujemy na torcie i wkładamy go na chwilę do lodówki, żeby czekolada nieco stężała. Kiedy będzie jeszcze miękka, układamy na niej ozdoby i ponownie zamykamy w lodówce.
Połączenie bardzo ciemnego, czekoladowego ciasta z goryczą kawy, kwaskowatym posmakiem wiśni i delikatnym kremem o kokosowej nucie jest nieziemskie!


_____________________
Walentynki, jak i każde święta, gdzie na trzy cztery trzeba coś robić bo kalendarz tak każe, zawsze wzbudzały we mnie niechęć. Jednak są i dobre strony takich dni. Na przykład mimo tego, że oficjalnie dawno przestałam być dzieckiem, zawsze z moimi rodzicami robimy sobie drobne prezenty 6 grudnia, w Dzień Dziecka też mogę liczyć na dobrą kawę albo fajne skarpety :) 
Podobnie jest w Walentynki, dlatego przygotowałam herbatę ze szczyptą miłości :) Niekoniecznie przeznaczoną tylko na 14-go lutego, niekoniecznie dla tych, którzy są "sparowani". No bo czy nie można ofiarować takiego pudełka przyjacielowi, siostrze czy rodzicom właśnie?

Pomysł na herbatę z notatkami na zawieszkach chodził za mną od dawna, ale oczywiście net mnie wyprzedził i wpisując w wujka gugla hasło "DIY tea" wyskoczyło mi mnóstwo inspiracji. Dlatego mogę sobie przypisać tylko wykonanie poniższego pudełka :)

Idea jest prosta - zamiast oryginalnych zawieszek przypięłam do torebek karteczki z różnymi napisami, obrazkami, hasłami. Tak, żeby każda była niespodzianką :







sobota, 2 lutego 2013

Urodzinowy tort w słoiku

Nie wiem jak Was, ale mnie zamknięcie się w kuchni i wymyślanie nowych przepisów odstresowuje. Zwłaszcza, jeśli jednym ze składników jest czekolada i można ją w trakcie gotowania bezkarnie podjadać!

Na pomysł zrobienia tortu w słoikach wpadłam zastanawiając się jak poczęstować porcją ciasta kilka osób, z którymi chciałam się spotkać na mieście w różnym czasie (wożenie odkrojongo kawałka w pudełku zwykle kończy się deformacją ciacha). Słoik sprawdził się świetnie!




Tort w słoiku:

Opakowanie okrągłych ciastek (u mnie pierniki)
Czekoladowe chipsy 
Orzechy

Krem z tofu:
Kostka tofu naturalnego (około 300g)
Tabliczka gorzkiej czekolady
syrop z agawy/z pędów sosny/"miód" z mlecza (u mnie było to ostatnie, sprawdzi się każde płynne słodzidło)
1/4 filiżanki mocnej kawy
aromat rumowy
cytryna
1/4 szklanki mleka

Ciemne ciasto:
2 szklanki mąki
2/3 szklanki ciemnego kakao
2 i 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
szczypta soli

szklanka mleka
szklanka oleju
1 i 1/2 szklanki cukru trzcionowego (dark muscovado)


Ciasto robimy według tego przepisu i odstawiamy do ostygnięcia. Możemy albo powycinać słoikiem krążki, które zmieszczą się do środka, albo pokruszyć ciasto na duże kawałki (wybrałam opcję numer dwa).

Tofu blendujemy na gładką masę dolewając trochę mleka (każde roślinne będzie ok) i soku z cytryny. Dodajemy rozpuszczoną w kąpieli wodnej czekoladę i słodzimy do smaku. Krem dzielimy na dwie części, do jednej dodajemy kawę, do drugiej aromat rumowy, mieszamy i wstawiamy do lodówki, żeby trochę stężał.

Na dno słoików wkładamy białe ciastko, dajemy łychę pierwszego kremu, na to ciemne ciasto, drugi krem, trochę orzechów i czekoladowe chipsy. Zakręcamy i gotowe! 
Mój tort wytrzymał bez utraty formy i smaku trzy dni (słoiki stały w lodówce), kiedy był mi potrzebny brałam słoik do torby i w drogę!


wtorek, 4 grudnia 2012

Pomysły na prezenty bez kupowania i tofurnik

Dziś widziałam billboard reklamujący jedno z warszawskich centrów handlowych - na obrazku para modeli zamknięta w szklanej kuli ze śniegiem i podpis w stylu: "Święta pełne zakupów". Strzał w dziesiątkę! Dokładne zobrazowanie współczesnej relacji między sacrum a grudniowymi świętami, nie ma co... 

Dla mnie Boże Narodzenie nie ma wymiaru religijnego (trochę inny światopogląd), ale zawsze o tej porze roku odpalamy z moim P. ulubione płyty ze świątecznymi songami (muzyka big bandowa to jest to!), mamy okazję chwilę posiedzieć w domu, pograć w planszówkę z moją baby sis, drapać psy, siedzieć dwa dni w piżamie i celebrować zimę. Fajnie! 




Jak co roku szukam pomysłów jak sprawić innym przyjemność (powiedzmy sobie szczerze, fajnie jest dostać czasem prezent), a przy okazji nie wydać masy pieniędzy na - często niepotrzebne - rzeczy. Poprosiłam też wszystkich, od których spodziewam się coś dostać, żeby obdarowali mnie drobiazgiem, chętnie czymś do zjedzenia lub rzeczą, która się zużyje (np. wege kosmetyk czy kawa), a jeśli już koniecznie wchodzą w grę środku trwałe, niech będą to książki (przyjmę akurat w każdej ilości). Nie jestem przeciwna wszelkim prezentom ze sklepu, ale chcę ograniczyć ich liczbę tym bardziej, że sama wiem, ile spośród nich jest mi niepotrzebnych.

BTW: Ostatnio czytałam, że 66% Brytyjczyków posiadających zwierzę wyda na prezent dla pupila tyle samo lub więcej co dla swojego partnera. Paranoja kompletna. Kocham moją sforę, ale wiem, że moje psy równie mocno ucieszą się z pluszaka za dwa zeta z lumpeksu co z zabawki drogiej firmy. Biorąc pod uwagę jakie są potrzeby bezdomnych, porzuconych zwierząt naprawdę są lepsze sposoby by wydać pieniądze... 


A wracając do ludzkich prezentów; oto kilka rzeczy, które zamierzam wypróbować w tym roku:
- Uszyję trąby na torebki foliowe z kuponów materiałów (podłużne worki z gumką, zrobiłam sobie taki ze dwa lata temu i nie dość, że super wygląda, to jest niezwykle funkcjonalny).
- Ozdobię część słoików z przetworami, które zrobiłam latem i wręczę jako wyrób z mojej manufaktury ;)
- Kupię w M&S ulubioną marmoladę mojego P., czyli tradycyjną angielską z pomarańczy:



- Przygotuję ciasto w słoiku, czyli gotową mieszankę na muffiny, albo do bezpośredniego pieczenia w słoju właśnie:


Foty z netu po wpisaniu w wujka gugla hasła "ciasto w słoiku" i orange marmalade.

- Przygotuję woreczki z ziołami do kąpieli (jak ktoś nie ma czasu, można kupić np. tu):



- Zrobię pakiety do parzenia mojej magicznej herbaty na przeziębienie (przepis tu).


- Ukręcę peeling do ciała z soli morskiej, olejków zapachowych i oliwy.
- Jak będę miała czas, wezmę się za domowe wegańskie praliny. 


W zeszłym roku uszyłam mojemu P. polarową chustę na szyję, ciotce alergiczce wręczyłam pudło orzechów piorących (tak się spodobały, że stosuje do dziś), ojciec dostał talon na masaż pleców :)


BTW: Zamiast kupować papiery ozdobne i torebki na prezenty, zbieram przez cały rok papierowe torby po zakupach itp. Teraz zamierzam je wyjąć, ozdobić (np. coś nakleić albo namalować) i użyć jako opakowań na podarki. Mam też zapas fajnych słoików i pudełek (będą w sam raz np. na domowe czekoladki). Co o tym sądzicie? Czy Waszym zdaniem tylko wege świry i ludzie z różnymi zajawkami uznają to za równie fajny prezent, co gadżet ze sklepu? 

A może macie jakieś fajne, sprawdzone pomysły na prezenty, które nie wymagają wielkich nakładów finansowych a przy okazji nie przyczynią się do produkcji kolejnej tony śmieci? Z chęcią wykorzystam! 

A na koniec obiecany w tytule posta przepis na tofurnik, za który powinnam w zasadzie podziękować całej blogosferze, bo poniższa receptura to efekt wielu prób, wykorzystywania i przerabiania przepisów innych. Pomysłów na sernik z tofu jest już w necie wiele, ale porządny wegeblog nie obejdzie się bez własnej wersji, więc oto i ona: 

Tofurnik:

2 paczki herbatników pełnoziarnistych (np. digestive firmy San)
Dowolny tężejący tłuszcz roślinny (ja użyłam kokosowego)

4 kostki tofu naturalnego (około 800 g, moje ulubione - Solida)
budyń waniliowy bez cukru (polecam Cykorię)
aromat waniliowy lub ekstrakt z wanilii
sok z 5 cytryn
cukier trzcinowy (w zależności od stopnia wyczulenia na słodki smak - od 1/2 do 1 szklanki)
mleko roślinne (u mnie było sojowe, waniliowe, około 2/3 szklanki)

Mój tofurnik został nieco przypieczony,  niestety zostawiłam go w piekarniku
pod opieką mojego ojca, który to nie ocenił odpowiednio sytuacji :) 



Z pokruszonych tłuczkiem herbatników i rozpuszczonego tłuszczu (wystarczy lekko podgrzać w garnku) robimy masę, którą szczelnie wyklejamy dno tortownicy. Tofu blendujemy na gładką masę dodając mleko roślinne, sok z cytryny, cukier, ekstrakt z wanilii, budyń). Jeśli po wyjadaniu łyżką coś zostanie nam trochę masy ;) przekładamy ją na ciasteczkowy spód i pieczemy w piekarniku przez mniej więcej godzinę w temperaturze 180 stopni.
Jeśli chodzi o proporcje, to robię na wyczucie, jak zmiksuję tofu z budyniem, sokiem z cytryn i połową szklanki mleka sprawdzam, czy masa nie jest zbyt zbita, wówczas dolewam jeszcze trochę mleka. Podobnie z cukrem - ponieważ daję sporo cytryny (spróbujcie raz wcisnąć sok z kilku cytryn, tofu nabiera bardzo twarogowego i wyrazistego smaku), dosypuję więcej cukru (tu było z 3/4 szklanki), ale to właśnie kwaśny posmak sprawia, że tofurnik może bez kompleksów konkurować z tradycyjnym sernikiem.

P.s. Cukier trzcinowy do wypieków trzymam w słoiku z kilkoma laskami cynamonu - nabiera przepięknego aromatu bez żadnych sztuczności! :)

BTW: Zdarzyło mi się raz kupić fix do serników i nigdy więcej nie popełnię tego błędu (czytanie etykiet to jednak podstawa dobrych wyborów przy robieniu zakupów, nie tylko dla wegan) - jego skład to tylko skrobia ziemniaczana (czyli to samo co mąka ziemniaczana lub budyń), za to cena oczywiście większa :)

czwartek, 28 czerwca 2012

Caprese z tofu, fasolka mocno przyprawiona i trochę marudzenia...


W weekendy uciekam z miasta kiedy tylko mogę. Duszę się tu, chociaż urodziłam się w Warszawie i - paradoksalnie - chociaż mnóstwo miejsc wydaje mi się ciekawszych i lepszych, nie chciałabym obecnie mieszkać w żadnym Londynie (który bardzo lubię), urokliwej Pradze, czy Berlinie z mnóstwem sojowych jogurtów ;)
Za to bardzo odpowiada mi 40 kilometrowy dystans od stolicy, który to pozwala mi cieszyć się zielenią, kawą w piżamie w ogrodzie, a jednocześnie daje poczucie, że w ciągu godziny można dojechać na koncert, spotkanie, do pracy.

W zeszły weekend pogoda była na tyle przyzwoita, że udało nam się przenieść z obiadem do ogrodu, oto niektóre - proste, ale smaczne - pomysły, które wykorzystaliśmy tym razem:

Sałatka caprese:
(Pokrojony w plastry pomidor, naturalne tofu firmy Solida - najlepsze!, oliwa z oliwek, pieprz, sól Kala Namak, listki bazylii)


Woda z mrożonymi plasterkami cytryny, idealna na ciepłe dni:
(Ja lubię jeszcze wkroić kawałek świeżego imbiru, który daje ostry posmak, chociaż wiem, że teoretycznie cytryna i imbir mają odwrotne chłodzące/rozgrzewające działanie).



Fasolka gotowana na parze z ziarnami słonecznika i przyprawami:
(słonecznik prażymy na suchej patelni, dodajemy przyprawy - u nas orientalnie i ostro, chwilę podgrzewamy, dolewamy odrobinę oleju i wrzucamy ugotowaną /ale nie rozgotowaną!/ fasolkę, 5 minut i gotowe. Ta wersja robi furorę wśród wszystkich, którzy jej próbowali).

Deser - czereśnie, po prostu :)

No a teraz marudzenie w wersji directors cut ;)

Kilka ostatnich dni sprawiło, że po raz kolejny mam dosyć obecnej pracy (a dokładnie ludzi, z którymi współdziałam), znów utwierdzam się w przekonaniu, że wolę zarabiać mniej, ale mieć przez to więcej czasu na inne rzeczy - swój doktorat, bieganie, czytanie (!!!) i mojego P., z którym "widujemy się" ostatnio 5-6 godzin na dobę - kiedy śpimy...  

Zastanawiam się tylko jak przeorganizować te kwestie nie rzucając wszystkiego w cholerę. Już od dawna oboje nie mieliśmy zajęć typu 9-17 co ma swoje przeolbrzymie plusy i nie chciałabym wbić się znowu w taki system, ale jednocześnie nie mogę sobie poradzić z największą wadą tej drugiej, nienormowanej opcji - przynoszeniem pracy do domu. Nie musi koniecznie chodzić o siadanie z papierami po powrocie, ale o to, że ciągle ma się poczucie, że jest coś do zrobienia. 

Nie ma tak, że wychodzisz, zamykasz drzwi i do następnego dnia nic cię nie obchodzi. Jest milion telefonów, przygotowywanie jakichś rzeczy, czasem brak możliwości zaplanowania dwóch tygodni do przodu, bo coś co miało trwać pół dnia nagle przeciąga się w 16 godzin, ktoś sobie coś nagle przypomni... 

Moje zabawy z kalendarzem przypominają grę logiczną - przenoszenie, zamiany, wpychanie, upychanie. Prowadzę terminarz w pięciu kolorach, żeby mi się nie popieprzyło co, gdzie, kiedy, z kim. Bez otwierania grafiku nie jestem w stanie się umówić, kawa z kumplem to ostatnio misternie planowane wydarzenie :/

Zero użalania nad sobą - trzeba się cieszyć, że ma się co robić i że nie jest to przysłowiowa kasa w supermarkecie. Zastanawiam się tylko, czemu jak się powie: "stop, nie chcę więcej, wystarczy mi to, co mam, moim celem nie jest zarabianie coraz więcej, chcę resztę swojej energii poświęcić na coś innego, czy naprawdę musimy robić jeszcze ten projekt?" ludzie patrzą podejrzliwie, nie zamierzają na to pozwolić i stawiają niewypowiedziane ultimatum. Czy u Was też tak jest?