Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marchewka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marchewka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 sierpnia 2014

Pak choi z warzywami według mojej baby sis



Poniższy przepis sponsorowały: pak choi i moja baby sis, która podczas wczorajszych zakupów wpakowała do koszyka opakowanie nieznanej mi chińskiej kapusty mówiąc z zadowoleniem: "po 5 zeta"*. Przy okazji od razu doradziła, co można z nią zrobić. Wyszło ekstra.
__________________
3 główki pak choi
5 niedużych ziemniaków
1 cebula
2 marchewki
1 czerwona papryka
garść orzechów ziemnych
sos sojowy
2 ząbki czosnku
kawałek świeżego imbiru
garść świeżej mięty
oliwa
chilli


Posiekany czosnek podsmażyć na oliwie, dodać starty kawałek imbiru, cebulę, pokrojone w półplasterki ziemniaki, po chwili także marchewkę i paprykę. Kiedy warzywa lekko zmiękną, dorzucić posiekaną kapustę i dusić aż zmięknie. Dodać sos sojowy, chilli i drobno poszatkowaną miętę. 

 ***

Moja baby sis jest też magicznym ogrodnikiem. Oto jakie cukinie wyhodowała w tym roku (a przy trzech psach i czerech kotach nie jest to wcale proste!):


Nie nadąża ze zjadaniem, bo cukinia rośnie w niesamowitym tempie (jak dobrze, że są starsze siostry, które przyjmą każdą ilość! :D :D :D), a teraz czeka na swoje karczochy, ogórki i pomidory.


___________
* Pak choi jest dostępne w tej cenie do połowy sierpnia w Biedrze.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Zapiekanka warzywna z bezglutenowym beszamelem

Najbardziej kolorowe danie jakie ostatnio widziałam. Z niedrogich warzyw, bez wyszukanych dodatków - wszystkie składniki kosztowały 10 złotych a z podanych proporcji wychodzi duża blacha wyładowana po brzegi! Chwilę w kuchni trzeba spędzić, to fakt, ale krojąc warzywa można na przykład obejrzeć ulubiony kryminał. Z nożem posępnie pochylającym się nad burakiem to niemal kino 3D!

:)




Warzywa

1 kg ziemniaków
4 marchewki
4 duże cebule
2 duże buraki
8 pieczarek
3 garście świeżego szpinaku
olej słonecznikowy
sól
pieprz


Na sporej ilości oleju podsmażyć pokrojoną w plastry marchew, kiedy lekko zmięknie dodać połowę cebuli (pokrojonej dość grubo) i całość smażyć kolejnych kilka minut. Przerzucić do miski, na patelnię dolać oleju i podsmażyć pokrojone w cienkie plastry ziemniaki. Kiedy zaczną się rumienić, dosypać przyprawy (dodałam kolendrę, paprykę, odrobinę zmielonego kminku, czarny pieprz, sól i czosnek). Zrzucić do innego naczynia, znów dolać oleju (jeśli jest go mało) i podsmażyć pieczarki z resztą cebuli oraz szpinakiem. Doprawić solą i pieprzem.

Buraki pokroić w cienkie plastry.

Sos beszamelowy

4 łyżki skrobi ziemniaczanej
6 łyżek oleju
Mleko sojowe (mniej więcej 2 szklanki)
sól, pieprz, gałka muszkatołowa

Na rozgrzaną patelnię wsypać skrobię, po chwili dodać olej i wymieszać. Zmniejszyć ogień/gaz (przykręcić płytę? :D) i powoli dolewać mleko energicznie mieszając sos (beszamel powinien mieć konsystencję rzadkiego budyniu), jeśli zrobią się grudki, można je po później rozbić blenderem. Na koniec dodać sól, czarny pieprz i szczyptę gałki.

W wysmarowanej olejem sporej formie ułożyć kolejno warstwy: z ziemniaków, marchwi&cebuli, sosu beszamelowego, buraka, pieczarek z warzywami. Całość polać beszamelem i posmarować oliwą.
Piec do momentu kiedy warzywa będą miękkie a wierzch rumiany. 



__________
Podczas czekania na zapiekankę można zrobić deser. Tym razem nic wyszukanego - praliny w kształcie serca z nadzieniem nugatowym i marcepanowym. Te dwa ostatnie kupione w Lidlu (masa nugatowa jest naprawdę przepyszna!). 


poniedziałek, 24 marca 2014

Ciasto z marchewki i mąki gryczanej (bezglutenowe)



Obecność glutenu w mące można rozumieć dosłownie: w cieście robią się z niej gluty albo - kiedy go brak - wypiek rozpada się na tysiące kawałków. A mąka gryczana w ogóle nie wpisuje się w ten schemat! Świetnie trzyma fason i jak na razie jest moim zdecydowanym faworytem.

Ciasto

1/2 kg marchewki
100 g orzechów włoskich
2 szklanki mąki gryczanej
1 szklanka cukru trzcinowego
1 szklanka oleju
1/2 szklanki mleka roślinnego
6 łyżek zmielonego siemienia lnianego
1 łyżeczka bezglutenowego proszku do pieczenia lub sody (opcjonalnie)
1 łyżeczka mielonego imbiru
3 łyżeczki cynamonu
Sok z jednej cytryny
Esencja waniliowa
Szczypta soli


Siemię zalać gorącą wodą i odstawić na 15 minut. Suche składniki połączyć w misce, dosypać startą na (dość drobno) marchew i wymieszać. Olej połączyć z siemieniem, sokiem z cytryny i esencją waniliową, dolać do marchewki. Porządnie wymieszać. Jeśli masa jest gęsta dodać mleko. Ciacho przełożyć do foremki posmarowanej olejem, piec aż wierzch lekko się zarumieni (co najmniej 45 minut) w temperaturze 180 stopni.

Mój beznadziejny piekarnik (prezentowany przeze mnie ostatnio) trochę spiekł ciacho z zewnątrz a w środku pozostawił je zbyt mokrym, ale ponieważ dziś rano moja baby sis wcinając kawałek wypieku stwierdziła, że smakuje świetnie, tym razem mu wybaczam :)


Krem
2 garście nerkowców
Mleko kokosowe (puszka trzymana w lodówce)
3 łyżki rozpuszczonego olej kokosowego
Łyżka soku z cytryny
Słodzidło (cukier puder trzcinowy, stewia, słód o jasnym kolorze)

Nerkowce namoczyć przez godzinę, odsączyć i zblendować z rozpuszczonym olejem. Dodać 3/4 puszki mleka kokosowego (tę gęstą część), cytrynę, dosłodzić. Wstawić do lodówki żeby masa stężała.

Przed podaniem ostudzone (koniecznie!) ciasto posmarować kremem.

niedziela, 8 grudnia 2013

Chromoterapeutyczna zupa z marchwi, pomarańczy i imbiru

Zupa z machewki. Moje pierwsze kulinarne posunięcie od ponad miesiąca. Ciężki listopad przeturlany na kiściach bananów i maśle orzechowym. 

Wreszcie śnieg za oknem. Potrzebuję czegoś rozgrzewającego, kolorowego i niewymagającego.






Chromoterapeutyczna zupa z marchwi (przepis na dwie porcje):

3 nieduże marchewki
1 cebula
Sok z jednej pomarańczy
Kawałek imbiru
Kubek bulionu (użyłam gotowca bez świństw w składzie)
oliwa, tymianek, sól, świeżo zmielony czarny pieprz, oliwa
Drobno posiekana natka pietruszki
Dwie łyżki mleka kokosowego (trzymanego w lodówce)

Marchewkę i cebulę siekamy, imbir ścieramy na tarce. Na łyżce oliwy podsmażamy marchew, następnie dodajemy cebulę, imbir, tymianek. Po chwili przekładamy warzywa do garnka, zalewamy sokiem z pomarańczy i wywarem z warzyw, gotujemy i miksujemy na krem. Przyprawiamy solą&pieprzem. Podajemy z łyżką gęstego mleka kokosowego i odrobiną natki.



______________
Do tego zepsuty aparat, brzydkie zdjęcia, kolor marchewki zupełnie nie ten co na talerzu... Ech... 

niedziela, 10 marca 2013

Witariańska sobota


Odpaliłam wreszcie dehydrator (kupiłam już jakiś czas temu, ale nie bardzo miałam czas się nim zająć) i po pierwszym eksperymentach wiem, że spróbuję na stałe wprowadzić do swojej diety jeden witariański dzień w tygodniu. Przede wszystkim po to, żeby nauczyć się robić więcej surowych potraw (przeżycie tygodnia na owocach i warzywach to nie jest dla mnie wielka trudność, ale nie umiem przyrządzać bardziej skomplikowanych dań). Chciałabym całe lato odżywiać się wyłącznie surowizną (zobaczymy, jak pójdzie, na razie tęsknię strasznie za zieleniną, mam już dość kapusty, jabłek smakujących o tej porze roku niemal jak ziemniaki), więc umiejętność przygotowywania czegoś więcej niż shake'i i sałatki będzie przydatna :)

Na pierwszy ogień poszedł witariański chleb, hummus i brownies - wszystkie trzy bardzo smaczne i dość łatwe do przygotowania. Refleksje, jakie nasunęły mi się po wypróbowaniu kilku przepisów (do etapu opracowywania samodzielnych receptur droga daleka) dotyczą przede wszystkim filozofii jedzenia związanej z surowym odżywianiem. Chodzi mi przede wszystkim o bardziej holistyczne spojrzenie na to, co się je - planowaniu jadłospisu (w tym zakupów) na kilka dni do przodu, bo procesu moczenia, suszenia itp. nie przyspieszy się ani nie ominie. Pewnie z biegiem czasu wpada się w stały rytm zalewania co kilka dni kiełków, nasion, orzechów, ale mimo wszystko na szybko niektórych rzeczy się zrobić nie da. Nie sądzę, żeby była to olbrzymia wada witarianizmu, po prostu trzeba by się przestawić na trochę inny tryb.

Mitem jest za to czasochłonność takiej kuchni (podobnie zresztą jak w przypadku weganizmu), przygotowanie potraw nie wymaga rzucenia pracy, siedzenia w kuchni godzinami. Potrzebny jest tylko dobry blender, wszystkie inne zabiegi odbywają się same (moczenie, suszenie itp.)

Surowe jedzenie jest dla mnie trochę mniej wyraziste, więc wymaga i przyzwyczajenia się do bardziej naturalnych smaków (np. brownies było dla mojego P. za mało słodkie) i bardziej zdecydowanego przyprawiania (w hummusie wylądowało znacznie więcej przypraw, niż przy gotowanej ciecierzycy).


Witariańskie brownies

Brownies według przepisu z fantastycznej strony RAWMAZING robiłam nie pierwszy raz bo to naprawdę jedno z najlepszych ciast jakie zdarzyło mi się jeść (nie tylko w kategorii: surowe). Uprawiającym sporty polecam drobną modyfikację - dosypanie białka sojowego żeby trochę zrównoważyć zawartość węglowodanów), wówczas kawałek brownies fajnie się sprawdzi jako wspierający trening, energetyczny baton.




Surowy hummus



Przepis: (nie do końca witariański, bo kiełki przez minutę trzyma się w gorącej wodzie).
Szklanka kiełków ciecierzycy (kilka dni wcześniej zaczęłam przygotowania do hummusu i wyhodowałam kiełki z suchej cieciorki )
Sok z jednej cytryny
3 ząbki czosnku
trochę wody
sól
2-3 łyki tahini (opcjonalnie)
chilli
Oliwa (5-6 łyżek)
Świeżo mielony pieprz (u mnie kolorowy)

Zagotować wodę i odstawić na chwilę żeby przestała wrzeć, na minutę wrzucić do niej kiełki - autor przepisu sugestywnie pisze, że jeśli pominie się ten krok, hummus będzie ohydny :)
Zblendować wszystkie składniki, i odstawić hummus na 5-10 minut żeby kiełki wchłonęły wodę. Jeśli masa będzie zbyt sucha, dolać jeszcze odrobinę płynu. Powyższy zestaw przypraw to wersja podstawowa, po dodaniu takiej ich ilości dla mnie hummus był wciąż za mało wyrazisty i dorzuciłam jeszcze jeden ząbek czosnku, więcej pieprzu i chilli), ale może to kwestia indywidualnych upodobań.
A do hummusu zrobiłam:


Witariański chlebek



Zmodyfikowany przepis na surowy pumpernikiel:

5 marchewek
3 szklanki zmielonego siemienia lnianego
1 szklanka zmielonego lnu
Kubek rodzynek
1 duży por (biała część)
Pół cebuli
4 ząbki czosnku
Pół kubka soku z cytryny
Przyprawy (wg uznania): kmin rzymski, kolendra, zmielone goździki, kolendra, sól
Ewentualnie sezam do posypania


Marchewkę, pora, cebulę, czosnek należy zblendować dolewając trochę wody (mój blender podołał jak drobno pokroiłam warzywa). Rodzynki moczymy przez około pół godziny i razem z wodą dodajemy do masy. Wlewamy też cytrynę i dosypujemy przyprawy. Następnie stopniowo dodajemy len i siemię wyrabiając ciasto ręką. Trzeba uważać z ilością wody, ja oczywiście dałam za dużo podczas blendowania warzyw i musiałam dosypać nieprzepisową porcję zmielonego lnu, bo zamiast uzyskać zwartą masę, miałam w misce zupę - krem...
Rozprowadzić gotowe ciasto na blasze (jeśli używamy piekarnika), lub tacach dehydratora i ewentualnie posypać sezamem. Ja swój chlebek suszyłam 10 godzin w temperaturze 41 stopni. W smaku i konsystencji przypomina pumpernikiel (jest mokry, ale zwarty). 



_________________

W planach był jeszcze serek migdałowy, ale obieranie moczonych całą noc migdałów jest tak koronkową robotą, że wymiękłam przy garści (na zdjęciu bilans po 20 minutach zdejmowania skóry...) i na razie czekają aż wróci mi entuzjazm...



A teraz przygotowuję proteinowe kulki do wcinania po treningu :)

niedziela, 20 stycznia 2013

Zimowe curry i weekend pod śniegiem


Bazą dla poniższego curry była receptura zamieszczona w jednym z numerów Wysokich Obcasów. Przepis od razu wpadł mi w oko bo bardzo lubię dania, w których widać użyte składniki (tu są spore kawałki), a warzywa mają być ugotowane al dente. Dlatego pilnowałam czasu podanego w oryginalnym przepisie, zmodyfikowałam za to ilość składników (zwłaszcza przypraw, bo preferuję zdecydowane smaki), w miejsce limonki pojawiła się cytryna.

Curry jest łagodnie kokosowe, a przy tym przyjemnie ostre i rozgrzewające - w sam raz po ponad dwugodzinnym odśnieżaniu podwórka (było tyle śniegu, że nasze mniejsze psy miały go po szyję):



Warzywa w sosie curry:

2 marchewki
6 średnich ziemniaków
1 kalafior (użyłam mrożonego)
pół puszki pomidorów
pół puszki mleka kokosowego (polecam Kier - niedrogie i pyszne)
puszka ciecierzycy (odsączonej)
2 duże garście świeżego szpinaku
1 cebula
4 ząbki czosnku
2 łyżki soku z cytryny plus łyżka otartej skórki
1 łyżka przecieru pomidorowego
1/2 litra wywaru z warzyw (lub bulionu warzywnego wege instant)
2 laski cynamonu
kawałek drobno startego imbiru
pół łyżeczki czarnego pieprzu, sól
gotowa mieszanka przypraw curry, lub:
kolendra
kminek
kurkuma
pieprz cayenne
Oliwa z oliwek

Na kilku łyżkach oliwy podsmażyć posiekaną cebulę, dorzucić przyprawy (kolendrę, kminek, kurkumę, pieprz cayenne, imbir), po chwili dodać przecier pomidorowy i mieszać minutę. Następnie należy dolać wywar z warzyw, mleko kokosowe, cynamon, sól i pieprz. Całość gotować 10 minut na małym ogniu. Po tym czasie wrzucamy pokrojone w grubą kostkę (ziemniaki, pomidory), plastry (marchewkę), różyczki (kalafior) warzywa i gotujemy około 30 min (wszystko powinno pozostać lekko twarde), następnie wsypujemy ciecierzycę, dorzucamy szpinak, sok z cytryny i otartą skórkę, gotujemy kolejne 2-3 minuty. I gotowe! 



Pomimo że jest zimno, ciemno robi się tak szybko, że trudno zauważyć, kiedy minął kolejny dzień, zima jest w pewien sposób przyjemnie intymną porą roku. Długie wieczory z rozgrzewającą herbatą, książką, cisza, jaką daje wszechobecny śnieg (przynajmniej poza wielkim miastem, tu niestety chyba nic nie pomoże) sprawiają, że długotrwały brak słońca (czy tylko mi się wydaje, że tej zimy jest strasznie mało słonecznych dni?) staje się trochę bardziej znośny...








Żal mi tylko strasznie mieszkających na dworze zwierzaków, od wtulających łepek w pióra ptaków, które widzę rano przy karmniku, po psiaki w kiepskich budach... :(
Dziś - po kilku godzinach spędzonych na mrozie - chyba jeszcze bardziej... Mogłoby być już trochę cieplej...




wtorek, 18 września 2012

"Czy jesteś bohaterem tej bajki?" i rude jak fryzura Pippi ciasto marchewkowe bez mąki




Jako dzieciak czytałam bardzo dużo i tak zostało do dziś, nawet jeśli czuję, że zasypiam i zdołam przeczytać tylko jeden akapit, sięgam po książkę. Czytanie zdefiniowało mój sposób widzenia rzeczywistości, ukształtowało poglądy na wiele spraw (nigdy nie zapomnę przełomu, jakim był dla mnie - pochłonięty od razu w całości - Dostojewski), lektury nadal inspirują mnie i rozwijają.

W pewnym momencie mojego dorosłego życia zdałam sobie sprawę, że większość książkowych, dziecięcych bohaterów, z którymi się utożsamiałam, fascynowałam czy chciałam naśladować to chłopcy. Było to dla mnie odkrycie zdumiewające, bo nagle okazało się, że te książki nie do końca były przeznaczone dla mnie, a przynajmniej wskazywano mi w nich inną rolę niż bym chciała. Nie chodzi o to, że dziewczyn tam nie było, ale o to, że narracja najczęściej przedstawiała męską perspektywę, a podmiotem mówiącym bardzo rzadko był damski bohater.

Nie jestem fanką teorii literatury, która chce wyodrębnić kategorię "pisania kobiecego", nie wchodząc w szczegóły, taka metodologia jest dość niejasna i nieprecyzyjna, ponad to strategie nakładające na lekturę określoną formę odbioru są dla mnie co najmniej tak nieefektywne jak czytanie książki przez biografię autora i doszukiwanie się relacji między obiema przestrzeniami w tekście. Tym, co jednak cenię w tak nastawionym badawczo podejściu jest zwrócenie uwagi na język, podkreślanie jego nieprzezroczystości, wskazywanie ambiwalentnych miejsc, nieustająca podejrzliwość wobec jego pozornej neutralności.

Moją ulubioną książką z wczesnego dzieciństwa były Dzieci z Bullerbyn. Dziś myślę, że także dlatego, że jest to narracja prowadzona z perspektywy dziewczyny, która bez niechętnych spojrzeń ciotek mogła bezkarnie buszować w stogu siana, przesyłać tajne wiadomości itp. Fascynowała mnie również kreatywność, własny świat wykombinowany przez książkowe dzieciaki. Tu nie było podziału na aktywnych chłopców i "tych obcych" - dziewczęta mimozy, które myślą tylko o całowaniu i zabawie w dom, choć oczywiście były tajemnice, zdziwienie innością, obrażanie się i wytykanie młodszym wieku.

Drugim ulubionym dziewczęcym bohaterem była Pippi. Sama mam dużo piegów, które bardzo lubię i pamiętam, jak z wypiekami na twarzy czytałam co poradzi sklepikarz PIppi pytającej się o środek na więcej piegów (niestety, był zaskoczony i powiedział, że nie ma takiego środka, i że wszyscy chcą raczej piegi usuwać). BTW: pamiętam również, jak niedawno, kiedy miałam na sobie teatralny wręcz make up, malująca mnie wizażystka powiedziała "ale pięknie wyglądasz, nareszcie nie widać piegów" :D

Świat przygód w większości "dzieciowych" książek zarezerwowany jest dla chłopców, którym wolno wdrapywać się na drzewa, brudzić spodnie, budować kryjówki, rzucać w wir przygody. Jak się okazuje jest tak nie tylko w dziecięcej literaturze. Teraz nie sięgam już po Dzieci z Bullerbyn, za to czytam Elfriede Jelinek i jestem zauroczona ostrym jak brzytwa językiem, który rozcina rzeczywistość obnażając to, co podskórne, kryjące się pod cienką warstwą kultury. A kryje się pod nią wiele brudu, który chętnie skrywa się pod przykrywką pięknych haseł. Zdaniem Jelinek stało się tak m.in. z debatą o stereotypach dotyczących płci, gdzie dyskurs został zastąpiony ogłoszeniem w debacie publicznej, że już wszystko jest w porządku, krzywdzące mechanizmy opanowane i poskromione więc nie ma o czym mówić, kiedy tak naprawdę z myślenia ludzi nie zostały wyrugowane pewne zakodowane przez lata mechanizmy rozumowania (co objawia się choćby w skali przyzwolenia na domową przemoc wobec kobiet, bagatelizowanie gwałtów itp.).

Ostatnio przeczytałam w dużym formacie artykuł o nowej formie obozów dla dziewczynek - wyjazdów uczących jak zostać gwiazdą, a raczej jak zachowywać się i ubierać jak gwiazda. Cóż więc robią dziewczynki na owych obozach? Przywożą tony ciuchów i pod okiem stylisty, fryzjera, wizażysty uczą się jak WYGLĄDAĆ. I w zasadzie nic więcej. No dobra, dzieci dowiadują się jeszcze, że w butach na obcasie noga z przodu musi być wyprostowana (gdzie ja byłam całe swoje życie, że nie posiadłam tej wiedzy?) Co ciekawe, zadowoleni rodzice twierdzą, że np. córki wiedzą teraz jak się ubrać i nawet same doradzają matkom jak dopasować strój, żeby nie wyglądały staro (sic!). 

Jak będą widzieć swoje miejsce w kulturze kobiety, które od dziecka nauczono przybierania póz, prezentowania swych walorów, konieczności codziennego malowania się, podczas gdy ich rówieśnicy szaleją na rowerach, biegają po lesie i uczy się ich bycia siłą sprawczą? I dlaczego wpaja się dziewczynom postrzeganie swego ciała jedynie w kontekście męskiego spojrzenia, seksualności i wykorzystywania go jako narzędzia? Przecież ono istnieje także niezależnie od tego aspektu i jest wówczas nie mniej wartościowe. Paradoksalnie, mam wrażenie, że właśnie w takim ujęciu kobiece ciało jest tabuizowane - może istnieć w przestrzeni publicznej jeśli jest obiektem, ale budzi sprzeciw, kiedy przedstawia się w każdej innej roli.

Jakiś czas temu śledziłam polemikę na łamach GW między bywalcami warszawskich basenów. Jakiś czytelnik (zdaje się, że była to babka) napisał, że jest wysoce oburzające, że pod prysznicem myją się bez kostiumu starsze osoby siejąc tym samym zgorszenie bo... ich ciała są brzydkie. Oczywiście, młode, ładne ciała mogą się myć bez stroju, ale starsi mają się zasłaniać (chyba sami rozumieją, że nakazuje tak poczucie estetyki).
A wiadomo, że o wartości człowieka świadczy przecież atrakcyjność fizyczna, czyż nie?
___________________________________
Na zakończenie - i osłodzenie niezbyt słodkich konstatacji - rude niczym włosy Pippi marchewkowe ciasto bez mąki. Zmodyfikowałam przepis stąd, samo ciasto nie jest bardzo słodkie, dlatego dodatkowo na wierzchu wylądowała łyżka śmietany kokosowej, czyli przytrzymanego w lodówce mleka kokosowego zmiksowanego z odrobiną czegoś słodkiego (np. syrop z agawy, cukier puder z cukru trzcinowego, syrop z kukurydzy).


Ciasto z marchewki bez mąki:

2 szklanki startej marchewki
szklanka kaszy manny
około 8 łyżek oleju
starty kawałek świeżego imbiru
cynamon
mielone goździki
esencja waniliowa
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/3 szklanki czegoś słodkiego - syropu z agawy, słodu jęczmiennego, ryżowego albo cukru pudru z cukru trzcinowego (mielę w młynku do kawy), wówczas trzeba dodać trochę mleka sojowego.

Wszystkie składniki wymieszać porządnie w misce i przelać do foremki wysmarowanej olejem i posypanej kaszą manną (świetnie się sprawdza zamiast bułki tartej), piec w temperaturze 180 stopni 30-40 minut.
Po wystudzeniu można dekorować śmietaną kokosową :)