Sposobów na wyeliminowanie cukru ze swojej diety szukam od dawna i wbrew pozorom nie jest to takie proste. Jeśli zależy nam na pozbyciu się z kuchni cukru z buraka, alternatywy są jasne: cukier trzcinowy, słody (kukurydziany, jęczmienny, ryżowy), syrop klonowy, z agawy itp.
Niestety, tym sposobem nie rozwiązuje się kwestii kaloryczności potraw, a wbrew stereotypom mówiącym, że weganie to pewnie wyschnięci z niedożywienia ludzie z szarą cerą, na wegańskiej diecie można się również nieźle podtuczyć. Najprościej byłoby wywalić ze swojej diety wszelkie słodycze, a ciastkowe żądze zaspokajać jabłkiem, ale u mnie takie rozwiązanie po prostu nie przejdzie. Owszem, mogę bez problemu odmówić sobie zjedzenia solidnej porcji ciasta, nie muszę codziennie rąbać herbatników (chyba :P) z drugiej strony lubię do porannej, mocnej i gorzkiej kawy wciągnąć coś słodkiego (kto też tak ma, że na śniadanie organizm domaga się słodkiego smaku?) i nie chcę sobie do końca tego małego rytuału codzienności całkowicie odbierać. To może być witariańskie ciasto, ale tu też często słodycz pochodzi z różnego rodzaju słodów.
Co więcej, mam w domu bliźniacza pod tym względem duszę - faceta, którego zapędy w kierunku słodyczy nie rozgrywają się na polu: kawałek ciasta, pół czekolady, tylko sprowadzają się do opcji: zjadanie półkilogramowej chałwy przy jednym posiedzeniu, wciągnięcie połówki słoika wege kremu itp...
Pewnie dla części z Was wagowo-sylwetkowe problemy to czysta abstrakcja, jednak mój organizm dostał geny po rodzinie mojego ojca (wszyscy z nadwagą), a nie mamy (same szczupaki) i tylko ja wiem, jak wiele wysiłku kosztuje mnie zachowanie wagi. Nie jestem wyznawcą kanonicznej urody w stylu: mega szczupła kobieta, zero piegów i zmarszczek, cellulitu, facet: 5% tkanki tłuszczowej, grecki bóg. Nie wyglądam jak modelka i nie walczę o utrzymanie talii 50 cm, tylko o optymalną, zdrową wagę, z którą dobrze się czuję, bo po prostu wiem, w jak szybkim tempie mój organizm przybiera dodatkowe kilogramy jeśli się nie pilnuję. Widząc zaś, jak od dwudziestu lat mój ojciec próbuje zrzucić ostatecznie nadwagę (raz chudnie, za chwilę znowu przybiera na wadze), zdecydowanie wolę prewencję.
Chcąc jakoś połączyć obie kwestie - jedzenia słodyczy i utrzymania wagi, a jednocześnie chcąc ulżyć w cierpieniu mojemu P., który walcząc ze swym nałogiem zdecydował się nie jeść słodyczy przez rok, zaczęłam szukać możliwości wyrugowania cukru i zastąpienia go czymś zdrowym, smacznym i jednocześnie nietuczącym.
Tak też trafiłam na stewię, której pierwszy słoiczek niedawno zamówiłam i rozpoczęłam eksperymenty z nowym nabytkiem.
Co to jest stewia? Poniżej garść informacji (z
tej strony, a także z ulotki z opakowania) dla tych, którzy jak ja znali ten specyfik jedynie ze słyszenia.
Stewia to roślina, która z jednej strony jest niezwykle słodka (stosowana w kuchni forma stewii jest około 30 razy słodsza niż cukier), z drugiej zaś ma ZERO kalorii. Tak, zero, ale w przeciwieństwie do słodzików w stylu aspartamu nie jest syntetyczną substancją lecz naturalnym źródłem słodyczy. Poza tym stewia ma bardzo fajny smak i zapach, niski indeks glikemiczny, nie fermentuje, działa przeciwpróchniczo, hamuje wzrost płytki nazębnej (czyli działa na zęby odwrotnie, niż słodycze z cukrem). No i można ją przetwarzać - nadaje się do marynat, pieczenia, gotowania.
Tyle teoria, moje doświadczenia ze stewią prezentują się na razie następująco:
Jabłka prażone ze stewią są przepyszne, mają lekko miodowy zapach i posmak, próby przeprowadzone na rodzinie wykazują, że jest to smak nieinwazyjny i przyjemny - nikt nie wpadł na to, że jabłka nie są ze zwykłym cukrem :)
Jeśli chodzi o pieczenie, muszę pokombinować, zrobiłam na razie szarlotkę i wyszła całkiem niezła w smaku, ale fakt, że stewii dodaje się np. tylko jedną łyżeczkę a nie szklankę sprawia, że zaburzają się proporcje składników. Samo ciasto wyszło więc całkiem smaczne, ale konsystencja była dla mnie średnia - zbyt krucha, spód się rozpadał; muszę pomyśleć, jak zmodyfikować składniki, żeby nie zachwiać równowagi :)
Dla tych, którzy piją herbatę z cukrem (nie należę do takich, ale mój P. owszem): posłodzony stewią napój jest bardzo smaczny i aromatyczny, zero wrażenia sztuczności jak w przypadku słodzików (dla mnie słodzik jest ohydny). No i zero kalorii, co oznacza, że pijąc np. trzy herbaty dziennie ze stewią zamiast cukru, oszczędza się sobie wchłonięcia jakichś 240 kalorii (przy opcji słodzenia 2 łyżeczkami cukru) czyli równowartości jednego małego posiłku.
Dalsza relacja z eksperymentów ze stewią wkrótce, po pierwszym rozpoznaniu myślę, że warto po nią sięgnąć i polecić do wypróbowania tym, którzy najsłodszej rośliny na Ziemi (podobno) jeszcze nie znają :)
________________
A na koniec jeszcze obrazowe zestawienie tego, co znajduje się w napojach, pewnie dla wegan większość tych napojów i tak jest poza obszarem zainteresowania, ale wiedzieć warto :)