sobota, 6 czerwca 2015

Orzeźwiający napój z ogórkiem i truskawkami



Dopiero niedawno odkryłam, jak bajecznie orzeźwiający i smaczny jest zmiksowany ogórek dodany do owocowych koktajli. Nadaje im lekkości, lekko wytrawny smak. Tym razem przygotowałam napój na bazie wody kokosowej. Do 500 ml schłodzonego w lodówce płynu dodałam garść mięty, garść truskawek, jednego banana i całą cytrynę obraną ze skóry. Chwila blendowania, dla słodyczożerców dodatkowo odrobina płynnego słodzidła i gotowe. W sam raz na upalne sobotnie popołudnie.







piątek, 5 czerwca 2015

Weganka w Chinach (część I)

Często wyjeżdżam (taka praca), ale tym razem rzuciło mnie naprawdę daleko. Chiny. Moja pierwsza wizyta w Azji, na pewno nie ostatnia. Nieznane mi dotąd poczucie kompletnego zagubienia - w niezrozumiałym świecie i języku. Więcej różnic niż podobieństw, konieczność nauczenia się odpowiedniego zachowania a nawet poruszania się po ulicy, bo w niektórych miastach sygnalizację ignorują wszyscy - od kierowców autobusów po pieszych - a zarówno chodnikami jak i ulicą bez przerwy mkną dziesiątki skuterów.

Ale do rzeczy. Jak podróżuje się po Chinach wegance? Ciężko. Bez przewodnika w postaci osoby znającej chiński (na szczęście miałam w grupie zarówno świetnie władających po chińsku Polaków jak i znajomego Chińczyka), bardzo trudno sprawdzić skład czegokolwiek (napisy po angielsku trafiają się bardzo rzadko) albo dopytać w restauracji o składniki potraw. Bo może się okazać, że pięknie brzmiące "tofu z warzywami" jest okraszone sosem, który powstał na bazie mięsnego bulionu...

Jednak jak już trafi się na wegańskie jedzenie, nie można odkleić się od różnych rodzajów tofu, ostrego szpinaku, specyficznych kiszonek i wyrazistych sosów. Próbując różnych potraw miałam wrażenie, że znana mi z Polski kuchnia chińska ma bardzo niewiele wspólnego z tym, jak smakuje w oryginalnym wydaniu. Jest przede wszystkim niesamowicie zróżnicowana, każdą prowincję wyróżnia nieco inna dominanta smakowa (od słodkiej po bardzo ostrą), zaś propozycje azjatyckich restauracji oferujących dania chińskie mają zwykle dość podobny, słodkawy charakter.

Jeśli chce się spróbować chińskich smaków, proponuję zakupy w delikatesach oferujących importowane sosy, marynaty i przyprawy. Ceny są naprawdę przyzwoite a słoik pasty chilli czy z czarnej fasoli kupiony za nawet za 10 czy 15 złotych wystarczy nam na długo.


______________
Orzeszki podawane w restauracjach w oczekiwaniu na dania główne. Niektóre smakowe (w marynacie), inne przyrządzane na bardzo ostro. Zjedzenie ich pałeczkami było dla mnie mega wyzwaniem (śliskie, małe, obłe = katastrofa), ale pod koniec wyjazdu już zapomniałam po co jest widelec.




Napoje owocowe m.in. o smaku liczi i wędzonej śliwki (korzenny, przypominający w smaku kompot wigilijny).


Bardzo podobał mi się sposób podawania jedzenia. Każdy otrzymuje miskę ryżu tylko dla siebie a wszystkie sosy, warzywa, tofu i inne potrawy stoją na środku stołu tak, żeby każdy mógł skubnąć pałeczkami tyle, ile chce. Dzięki temu spróbowałam wielu dań i nie byłam zmuszona do zamówienia tylko jednej.


 Bakłażan pieczony z czosnkiem.

Tofu, kilka rodzajów grzybów, ryż, szpinak. Czyli mój podstawowy zestaw wyjazdowy.



Jedno z pierwszych hotelowych śniadań. Kiszona rzodkiewka i kapusta, szpinak, tofu, arbuz. Chłopcy nieco jęczeli mając do wyboru jeszcze słodkie ziemniaki z wody, słodkie bułki i jakieś mięsne coś, do czego nawet nie zaglądałam, ale przyzwyczaili się ;)


Przystawka w innej restauracji. Zgodnie z definicją: pomidory, ogórki, arbuz, czyli owoce :)




Kolejny przykład bardzo integracyjnego posiłku. Na środku stołu na palniku gotuje się bardzo ostra zupa, dookoła stoi mnóstwo rzeczy, które każdy wkłada do wywaru, podgotowuje i pałeczkami wyciąga na swój talerz. Ja miałam swój wegański bulion w oddzielnym tygielku (na samym środku dużego kociołka) a do niego wybór grzybów (powyżej), kilka rodzajów tofu, gałązki kolendry, słodkie ziemniaki, kukurydzę. Do tego ryż i bardzo gęsty sos sezamowy. 




Cały poniższy talerz wypełnia tofu. Jeden z moich ulubionych produktów, nie mogłam się odkleić od talerza :) :) :) ugotowane w bulionie smakowało fantastycznie, na pewno spróbuję przygotować je w ten sposób.



Dalszy ciąg moich chińskich zmagań i przepisy na dania, które można przyrządzić bez wizyty w Azji w następnych postach. Do Państwa Środka wybieram się znów w niedługim czasie.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Domowe masło kokosowe i witariański deser niedzielny

Uzyskane przypadkiem, podczas eksperymentów z surowymi deserami. Kremowe, słodkie, aromatyczne. Do wyjadania łyżką bez żadnych dodatków, świetne do smarowania ciast albo jako baza kremu do cup cakesów czy innych słodkości.



Masło kokosowe 

100 g wiórków kokosowych (świeżo otwartych, które nie są wyschnięte i zwietrzałe)
pół puszki mleka kokosowego z lodówki (tylko gęsta część)
garść rodzynek (namoczonych przez pół godziny)
cynamon




Wiórki kokosowe blendujemy aż powstanie bardzo gęste masło, dodajemy namoczone rodzynki i wszystko blendujemy do momentu, kiedy rodzynki będą porządnie rozdrobnione.

W oddzielnym naczyniu przez 2-3 minuty ubijamy mleko kokosowe z cynamonem (końcówką do piany). Do bitej śmietany dodajemy masę z wiórków, miksujemy całość na gładką masę (powinna od razu bardzo zgęstnieć). Przekładamy do słoika, dociskamy łyżką i trzymamy w lodówce.

Część masła użyłam do poniższego deseru (banany rozdrobnione widelcem z kakao i cynamonem, na wierzchu jeszcze jeden pokrojony w plastry banan, garść namoczonych rodzynek, bita śmietana kokosowa i pokruszone masło kokosowe), resztę trzymam w lodówce. Jeśli chcemy uzyskać lekki krem, konsystencję masła zmieniamy miksując je z dodatkową porcją gęstego mleka kokosowego. 




poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Wysokobiałkowe kulki czekoladowo-orzechowe

Ostatni tydzień śmigałam na całkowitej surowiźnie, najbliższy też zamierzam spędzić w podobny sposób (przyszła pora na wiosenne porządki, także w organizmie). Bez słodyczy jednak żyć się nie da, więc obok chlebka witariańskiego, sałatek, koktajli, soków i innych owocowo-warzywnych cudów, początkową fazę produkcji surowej żywności zdominowały czekoladowe kulki. 



KULKI

szklanka płatków owsianych
150 g wiórków kokosowych 
szczypta cynamonu
3 czubate łyżki masła orzechowego
garść mieszanki: rodzynek, pestek z dyni i słonecznika
dowolne słodzidło do smaku
2 porządne łyżki surowego kakao (lub tradycyjnego, gorzkiego)
ekstrakt waniliowy/cynamonowy lub łyżka rumu
Opcjonalnie - jeśli zależy nam na dodatkowej porcji białka - dodajemy czubatą łyżkę izolatu sojowego lub innej odżywki.


Wiórki kokosowe blendujemy aż powstanie masło, dodajemy kakao, słodzidło i masło orzechowe, blendujemy przez kolejną minutę na wysokich obrotach. Do masy dorzucamy płatki owsiane (jeśli wolimy drobniejszą gramaturę, można je zmielić w młynku do kawy), bakalie, cynamon, wybrany ekstrakt lub alko. Mieszamy łyżką, formujemy kulki, obtaczamy w kakao i wstawiamy na pół godziny do lodówki.*


_____________

* W tym czasie proponuję trening, ja zrobiłam interwały (totalny hard core!) potem można bezkarnie napchać się kulkami ;)

niedziela, 12 kwietnia 2015

Idealne bezglutenowe kruche ciasto z kaszy gryczanej

Ostatnio było bazą do mazurków, ale sprawdza się wszędzie tam, gdzie potrzebny jest kruchy spód. Także w wytrawnych wypiekach, na przykład w tarcie z kurkami. Łatwe w przygotowaniu, świetnie się kroi (zwarte, nie rozpada się na tysiące okruchów przy każdym zanurzeniu noża), po prostu idealne.

W pierwszej wersji kombinowałam z gotowym zastępnikiem jaja, po licznych kombinacjach okazało się, że wystarczy trochę siemienia i łyżka skrobi kukurydzianej.


Kruche ciasto gryczane


Zmielona w młynku do kawy (lub zblendowana) niepalona kasza gryczana
100 g oleju kokosowego (nierozpuszczonego)
2 łyżki zmielonego siemienia lnianego
1 łyżka skrobi kukurydzianej
woda
szczypta soli
jeśli potrzebujemy ciasta na słodko: cukier puder trzcinowy/ksylitol/stewia (nie może być płynne słodzidło)


Kaszę gryczaną mielimy na drobny pył (potrzebne będzie około 1.5 szklanki mąki), w osobnym naczyniu miksujemy siemię lniane, skrobię i letnią wodę. Płynu dodajemy tyle, żeby uzyskać objętość dwóch dużych jajek. Odstawiamy na 15 minut żeby siemię napęczniało. 

Do mikstury z siemienia dodajemy pokruszony olej i sól, wszystko chwilę blendujemy na gładką masę. Zmieniamy końcówkę w urządzeniu na miksującą i dodajemy szklankę mąki gryczanej. Odpalamy na chwilę mikser i kiedy składniki się połączą, przerzucamy się na ugniatanie ręczne.

Dosypujemy tyle mąki (+ewentualnie słodzidła) żeby powstało zwarte, nieprzywierające do dłoni ciasto. Formujemy kulę, zawijamy papier/folię/ściereczkę i wkładamy do lodówki na  15 minut (nie więcej, bo ciasto wyschnie).

Wyklejamy dowolną formę (z podanych proporcji zrobiłam ostatnio dwa średniej wielkości mazurki), nakłuwamy widelcem i przed nałożeniem nadzienia chwilę podpiekamy w piekarniku rozgrzanym do temperatury 180 stopni.






Przepis na ciasto w 15 minut? Spód gryczany z nugatowym kremem z Lidla. Niech Was nie zwiedzie
nazwa, to żadna polewa tylko gęsty, mega orzechowy krem niczym pewne znane mazidło ze słoika. A do tego o świetnym składzie! Żadnego syfo-zagęstnika, tylko 43% orzechów laskowych! Uwielbiam. Ostatnio znalazłam w promocji po 99 groszy <3







poniedziałek, 30 marca 2015

Łatwy i szybki pomarańczowy tofurnik z karmelem



Strasznie zaniedbany ten mój blog. Powinnam się pewnie cieszyć, że świat pozainternetowy jest nadal na tyle absorbujący, że nie wystarcza mi czasu na wszystkie aktywności, którymi chciałabym się porządnie - a do tego równolegle - zajmować, ale jednak nie jestem zadowolona z braku regularności i systematycznej pracy.

Co prawda zawodową blogerką już raczej nie będę, więc wyrzuty sumienia powinny być adekwatne do owej totalnej amatorki, jaką przyszło mi uprawiać, niemniej moje wiosenne postanowienie brzmi: spać krótko, działać dużo. Albo przynajmniej lepiej gospodarować czasem. Nie marnować go na bzdury, skoro brakuje go na repertuar aktywności obowiązkowych.

Jedną z nich jest kreatywne traktowanie czynności kuchennych, czyli coś, co ostatnio zostało u mnie całkowicie wyparte przez warzywa na patelnię z paczki, marchew z groszkiem ze słoika, gotowe sosy pomidorowe. Niby warzywa, niby bez konserwantów i śmieciowych dodatków, a jednak ani nie czuję się najlepiej, ani nie realizuję swoich kuchennych zapędów.

Powrót do kuchennych kombinacji zaczynam więc - a jakże - od deseru: cytrusowego tofurnika.

Na wegańskich blogach aż roi się od różnych fantastycznych wersji świątecznego sernika z tofu. Przyznam, że zachwycają mnie wydania czekoladowe, kokosowe, z jadalnymi kwiatami. Są tak bajeczne, że zjadam je oczami.

Moja fantazja ogranicza się obecnie do rozważań w kategoriach: czy w kuchni trzeba będzie spędzić więcej niż 30 minut? Czy trzeba wyjść po dodatkowe składniki do sklepu? Czy trzeba bardzo dokładnie odmierzać składniki? Czy z proporcji wyjdzie dużo?

I takim właśnie założeniom odpowiada poniższy, mega prosty przepis. Zapewne nie tak efektowny, jak wspomniane wyżej wersje, ale nadal niezwykle smaczny i - przez to, że nie ma spodu z ciasta - trochę mniej kaloryczny (a przy okazji bezglutenowy).

No i na wierzchu ma kruchą warstwę pomarańczowego karmelu!




Pomarańczowy tofurnik:

Masa serowa:
900 g tofu (Solida)
1 szklanka brązowego cukru (lub nieco więcej, jeśli uwielbiamy umierać z zasłodzenia)
1 niepełna szklanka mleka sojowego 
Sok z trzech cytryn
Garść skórki pomarańczowej (jeśli macie domową lub bio, cudownie)
Garść rodzynek (sparzonych)
1 opakowanie przyprawy do sernika Kamis (lub oddzielnie: wanilia, skórka cytrynowa, kardamon)
1 mały budyń bez cukru (mój był morelowy)
Opcjonalnie, gdyby masa była zbyt płynna : 2-3 łyżki kaszy manny lub (jeśli sernik ma być bez glutenu) skrobi ziemniaczanej



Tofu zblendować z mlekiem, sokiem z cytryny, cukrem, przyprawami, budyniem na bardzo gładką masę. Dodać rodzynki i skórkę, wymieszać, ewentualnie dodać kaszę/skrobię. Masę przełożyć do tortownicy wysmarowanej olejem i posypanej wiórkami kokosowymi (to zamiast bułki tartej). Piec przez 20 minut w temperaturze 180 stopni, kolejne 40-45 minut w 150 stopniach. Trzeba wyczuć piekarnik i sprawdzać patyczkiem, czy ciasto jest już suche. Niższa temperatura i dłuższy czas pobytu w piecu pozwalają na podsuszenie ciacha bez spalenia. 


Oczekując na wypiek przyrządzamy pomarańcze i karmel:

Pomarańcze w syropie
2 pomarańcze (w tym jedna czerwona)
100 g brązowego cukru
100 ml wody

Wodę gotujemy z cukrem, pomarańcze myjemy, parzymy, kroimy na cienkie plasterki i wrzucamy do syropu na około 25-30 minut. Owoce odsączamy na nieprzywierającej powierzchni i odstawiamy do ostygnięcia. Pod resztą syropu zmniejszamy ogień i redukujemy sos do momentu, kiedy kropla wylana na talerzyk będzie szybko zastygać. Na lekko przestudzony tofurnik wylewamy karmel i szybko rozsmarowujemy (zanim zrobi się cukrowa skorupa) i dekorujemy plastrami pomarańczy.

I tyle. Jako rekomendację mogę dodać, że zrobiony przeze mnie dziś rano przed pracą zniknął w 3/4 do 15.00 zanim zdążyłam się zorientować.


BTW: Czy ktoś oprócz mnie nie lubi brzydko pokrojonego ciasta? :D
Kolory nie są podrasowane, tak kolorowo i słonecznie prezentują się pomarańcze po kąpieli w syropie.

______________

Wiosna - wreszcie można wypełznąć z nory na świat. Kawa na świeżym powietrzu <3