poniedziałek, 31 grudnia 2012

Sylwester bez fajerwerków


Bez fajerwerków dosłownie i w przenośni bo, po pierwsze, nie zamierzam uczestniczyć w straszeniu zwierząt, po drugie, po raz pierwszy o kilku lat nie pracuję w Sylwestra więc z przyjemnością spędzę ten wieczór na oglądaniu kryminałów i tańczeniu z psami :) Dosłownie, bo koło północy część mojego stada straszliwie się boi i trzeba je zabawiać przy głośniej muzyce. 

Nie wyobrażam sobie, jak bardzo muszą się bać zwierzęta mieszkające na dworze - przez ściany domu i dźwiękoszczelne okna moje psiny słyszą wszystko i trzęsą się niemiłosiernie nawet pod dwiema kołdrami :( Stres niesamowity tym bardziej, że oczywiście wszyscy mają w nosie zakaz puszczania fajerwerków w dni inne niż Sylwester i już od tygodnia co chwilę rozlegają się wystrzały :(

Wiem jak to jest, kiedy przerażony petardą pies nagle zaczyna uciekać na spacerze i tylko cudem udaje się go złapać po kilometrach biegu (dodam, że wiedząc jaki może być skutek spuszczania psów ze smyczy w Sylwestra, nigdy tego nie robiłam - wspomniana ucieczka miała miejsce w połowie grudnia...).

Już pomijając fakt, że bilans plusów i minusów fajerwerków jest dość oczywisty: chwila ludzkiej przyjemności (dla mnie skądinąd wątpliwej) vs stres (prowadzący nawet do śmierci) mnóstwa zwierząt (odsyłam do przeczytania artykułów o tym, co się dzieje choćby z ptakami w okresie noworocznym...), urwane ręce, poparzone niewybuchami dzieciaki. 

Od kilku godzin mam mocno rozkręcone radio, żeby choć trochę oszukać psiuny, mój P. w pracy a ja postanowiłam uczcić Sylwestra zdrowym i baaardzo słodkim deserem...


... czyli bananem z masłem orzechowym i domowym dżemem bez cukru, do tego filiżanką ulubionej kawy i oglądaniem zdjęć z tego roku. Fajnie przypomnieć sobie ile fajnych wycieczek, pięknych widoków, dobrych rzeczy spotkało mnie w ciągu mijającego roku tym bardziej, że w natłoku pracy, różnych smutnych wieści i zmagań z ludzkim okrucieństwem wobec zwierząt łatwo o tym zapominam. 

Mam nadzieję, że w nadchodzącym roku będzie równie pięknie...















Jedno z najbardziej niesamowitych spotkań w tym roku - kozice! Cieszyłam się jak małe dziecko :)

BTW: To setny post na moim blogu! Bardzo się cieszę, że dzięki niemu przez ostatni rok poznałam tyle fajnych wege-ludzi :)

sobota, 29 grudnia 2012

Pranie po wegańsku łatwo i niedrogo? Proszę bardzo!


Niebieska woda w toalecie, elektryczny odświeżacz powietrza, płyny do płukania tkanin, które niezwykle intensywnie pachną przez wiele tygodni, papier różany itp. Jak się przez chwilę zastanowić ile z tych rzeczy jest naprawdę potrzebnych i jak wiele chemii ląduje w wodzie przez te wszystkie specyfiki,  to trochę odechciewa się wydawania kasy na takie pierdoły.

Z drugiej strony, szczerze przyznam, że szorstkie, niemiłe w dotyku pranie jest niezbyt fajne, zwłaszcza jak się ma wrażliwą skórę i tkaniny nieprzyjemnie drapią. Od dawna piorę swoje rzeczy w orzechach (są świetne!) i kiedy zrezygnowałam z płynu do płukania, zaczęłam dodawać do pralki kilka kropli olejku zapachowego (nie bardzo lubię taki "szmaciany" aromat prania bez żadnych dodatków). Olejek działa fantastycznie - piękny zapach bez chemii, ale za to wszystko nadal sztywne i szorstkie.

Dlatego zdecydowałam się wypróbować jakiś wegański płyn do płukania tkanin. Trochę się obawiałam, że taki zakup zrujnuje moją kieszeń, ale okazało się, że wbrew pozorom wcale nie jest to taki drogi interes. Poniżej foty płynu, który teraz stosuję, pachnie bardzo delikatnie (nie znoszę tych chemią cuchnących na kilometr: "alpejskich łąk", "delikatnego dotyku", czy "polnych kwiatów") i super zmiękcza pranie. Butelka wystarcza na 21 prań (nawet przy dwukrotnym odpaleniu pralki w tygodniu będę ją zużywać niemal trzy miesiące), więc jedno pranie kosztuje mnie około 90 groszy. Nie jest to majątek, a zawsze jeszcze jeden mały krok, by pozbyć się chemii z domu.

Pewnie są różne sposoby na domowe specyfiki do sprzątania, prania itp., ale na razie nie bardzo mam czas zgłębić swoją wiedzę w tym zakresie. Dlatego bardzo cenię sobie coraz większą dostępność środków nietestowanych, roślinnych i niezatruwających środowiska. Można wybierać wśród produktów polskich i zagranicznych, w sklepie Evergreen jeszcze niedawno za polski płyn do prania (zanim przerzuciłam się na orzechy) płaciłam dosłownie kilka złotych więc wszelkie zarzuty, że prowadzenie eko domu jest bardzo kosztowne uważam za odparte!

BTW: Ma ktoś jakiś domowy sposób na zmiękczanie prania, albo jakąś firmę godną polecenia?





niedziela, 23 grudnia 2012

Czekoladowe prezenty w wersji DIY

Tak jak wspominałam w jednym z ostatnich postów, przygotowuję w tym roku sporo prezentów w wersji hand made. Jednym z nich będą jutro czekoladowe bajery - pralinki, tabliczki, lizaki. Przygotowywanie tych słodkości było niemałym wyzwaniem, bo ciężko nie podjadać rozpuszczonej czekolady prosto z gara, ale mimo wszystko udało się ;)

Czekoladki robiłam nie po raz pierwszy i muszę przyznać, że bardzo lubię wymyślanie nowych połączeń smaków i kształtów. W tym roku powstały m.in. tabliczki z bakaliami (żurawina, rodzynki, migdały, pokruszone herbatniki), pralinki z kremem speculoos, czekoladki z masłem orzechowym i wanilią, wegańskie batony (herbatnik posmarowany masłem orzechowym i kremem czekoladowym, oblany ciemną czekoladą), lizaki z kokosem i wiórkami z czekolady miętowej. Pyszne!
















Ps. Dopiero przy tegorocznej produkcji przeczytałam parę słów o obróbce czekolady i dowiedziałam się m.in. o jednej bardzo przydatnej wskazówce: czekolady nie należy podgrzewać w kąpieli wodnej do temperatury wyższej niż 40 stopni, bo może się warzyć. Już nie raz miałam taką sytuację i nie bardzo wiedziałam, co jest nie tak. Teraz w wodzie był zanurzony termometr i czekolada wyszła jak trzeba :)

niedziela, 16 grudnia 2012

"Świąteczny" los karpia - jak możesz to zmienić






Najlepiej by było, gdyby ludzie zrezygnowali z karpia na rzecz tofu, podobnie jak rekordy popularności bił w tym roku indyk seitanowy na Święto Dziękczynienia w Stanach. 

Najlepiej, ale tak nie jest. Kilka dni temu weszłam nieopatrznie do jednego z marketów Tesco i zobaczyłam jak jeden z klientów ma w koszyku szamocącą się w torebce foliowej rybę :( Wyszłam jak najszybciej z gulą w gardle i zaczęłam się zastanawiać, czy są jakieś prawne środki, które mogłyby zaradzić tej sytuacji. Pogrzebałam, poszukałam i już teraz wiem, że są! Sprzedawanie żywych ryb jak i samodzielne zabijanie ich w domu jest NIELEGALNE! Przytaczam poniżej informację z facebooka Firm Przyjaznych Zwierzętom (link: tu). Dane Inspektoratu Weterynaryjnego z artykułu dotyczą akurat Katowic, ale wszelkie nieprawidłowości można (a nawet trzeba!) zgłaszać do każdej takiej jednostki w Polsce (wszelkie dane znajdziecie w sieci). 

Wszystkie sklepy trzymające żywe ryby na sprzedaż robią to niezgodnie z prawem, więc warto skorzystać z narzędzi, jakie daje ta ustawa i jednym telefonem zapobiec długotrwałym cierpieniom ryb:

Zgodnie z nowelizacją art 2 do ustawy o ochronie zwierząt oraz związanych z nią innych ustaw i rozporządzeń o uboju zostały włączone również karpie (DzU z 2009r nr 79, poz. 668).

Oznacza to, że karpi, tak samo jak innych zwierząt kręgowych, nie wolno: zabijać na terenie sklepu, przewozić bez dostępu tlenu, sprzedawać w plastikowych torebkach lub do wiaderek czy koszyków, a także dokonywać samodz
ielnie ich uboju w domu. Teraz jedyną legalną formą uboju karpi jest zabijanie ich od razu w hodowlach przez wykwalifikowanych pracowników. Do sklepów mogą zostać przewożone i sprzedawane wyłącznie już zabite.

Jeśli widzisz jakieś nieprawidłowości w sklepie z rybami, od razu to zgłoś !
Powiatowy Inspektorat Weterynaryjny, Ul. Kossutha 11, Katowice.

E - mail: biuro@piw.katowice.pl (dotyczy tylko Katowic)

Najlepiej napisać pismo zawierające: miejsce, adres, zauważone uchybienia i nieprawidłowości, datę (ewentualnie godzinę).
Pismo przesyłamy na wyżej podany adres e-mail.
Jeśli ktoś nie chce, w piśmie nie trzeba podawać żadnych danych osobowych. Po otrzymaniu takiego pisma inspektorat ma obowiązek sprawdzenia danego zgłoszenia.





Zapraszam też na stronę Empatii informującą o tym problemie: Dzień ryby na facebooku znajduje się tu.


sobota, 8 grudnia 2012

"Zielone światło dla barbarzyństwa?" - felieton Magdaleny Środy o uboju rytualnym


Na portalu GW został dziś opublikowany felieton Magdaleny Środy o uboju rytualnym, przytaczam go w całości (na dole link do źródła), wydaje mi się, że dobrze ukazuje dlaczego nie wolno łączyć przyzwolenia dla jakichkolwiek okrutnych praktyk z pojęciem tolerancji dla mniejszości wyznaniowych. Środa zwraca tez uwagę, że dyskusja ta tak naprawdę podszyta jest polityczno-ekonomiczną kalkulacją i polega na kładzeniu na szali dwóch wartości, których wagi porównać się nie da (a wręcz nie wolno): pieniądza i bólu żywej istoty.

Magdalena Środa:

"Rządząca partia i rzeźnicze polskie lobby chcą szybkiej zmiany ustawy dotyczącej uboju rytualnego, tak by był on w Polsce dozwolony. Ubój rytualny jest barbarzyńskim zwyczajem, który polega na zabijaniu zwierząt bez ich ogłuszenia, czyli de facto sprowadza się do torturowania zwierząt.

Tortury polegają na krępowaniu ciała, rozcinaniu żył, przełyku, tchawicy (bez przecinania rdzenia kręgowego) i oczekiwaniu na wykrwawienie się zwierzęcia. "Zabiegi" te dokonuje się najczęściej na starych krowach mlecznych. Rytualny ubój, niezwykle w Polsce popularny, nie świadczy bynajmniej o rodzimej tolerancji dla innych religii i zaspokajaniu potrzeb kulturowo-kulinarnych polskich Żydów i muzułmanów, lecz jest chodliwym towarem eksportowym. Nie o szacunek dla Starego Testamentu tu chodzi, ale o szmal.
Rząd wspiera starania PSL...

Polscy rzeźnicy zarabiają na tym barbarzyńskim procederze krocie, głównie dlatego, że inne kraje potępiają i brzydzą się go. Zakaz uboju rytualnego, który stał się faktem po ogłoszeniu niezgodności tego procederu z ustawą zasadniczą ma szybko zostać zmieniony. PSL zbiera podpisy pod zmianą ustawy a premier zamierza wesprzeć te starania. Rząd sprzyja wzbogaceniu się silnego lobby, bo to jest intratne dla budżetu. Tymczasem biznes powinien respektować pewne minimum etyczne. Zwłaszcza w kraju, który toczy batalie o życie i ochronę istot słabszych, w tym - nie odczuwającej cierpienia - ludzkiej blastocysty.

Co ciekawe PSL i inne prawicowe partie, które z reguły lękają się prawodawstwa europejskiego rzekomo "czyhającego" na polską tradycję i pragnącego zniszczyć zbiór polskich wysokich wartości moralnych, tym razem powołują się na Unię, która uboju nie zabrania. Ważne dla polskiej tradycji i polskiego katolicyzmu prawodawstwo europejskie tym okazuje się być - w tym wypadku - przydatne, bo wspiera barbarzyński biznes. Tyle że - o tym się nie mówi - wspiera go dość dwuznacznie, to znaczy daje przyzwolenie, a jednocześnie uznaje, że prawodawstwo krajowe jest niezależne i może - jak najbardziej - przedkładać dobrostan zwierząt nad żądzę zysku rzeźników. Co dzieje się w cywilizowanych krajach Europy.

Czy Donald Tusk zdaje sobie sprawę...?

Nie wiem, czy Donald Tusk zdaje sobie sprawę z istoty tego krwawego biznesu. Czy choć raz wyobraził sobie jak to jest: mieć podrzynane żyły i wykrwawiać się na śmierć? Czy rzeczywiście wierzy w to, że mięso z torturowanych zwierząt jest niezbędnym elementem polskiej tolerancji religijnej? Czy też chodzi mu wyłącznie o biznes i władzę?

Dla mnie pytaniem jest też to, czy rzeczywiście polscy Żydzi i muzułmanie nie potrafią przetrwać jako mniejszość bez barbarzyństwa dokonywanego na zwierzętach? Wiele kultur opartych na okrutnych obyczajach (np. na zwyczaju sati, czyli palenia wdów na stosie po śmierci mężów) przetrwało mimo zniesienia okrucieństwa. Być może przetrwało właśnie dzięki temu. Czy więc zgodność ze starotestamentowymi regułami nakładanymi niegdyś na dzikie plemiona przez Boga może dziś stanowić warunek religijności? To przecież absurd! Myślę, że również polski dobrobyt mógłby przetrwać mimo zakazu uboju rytualnego zwierząt. W XXI wieku nie powinno się budować żadnej kultury ani żadnego biznesu na masowej zbrodni i cierpieniu, nawet wtedy (a może zwłaszcza wtedy) gdy dotyczą one istot słabszych i bezbronnych".
 Tekst pochodzi z tej strony. 


wtorek, 4 grudnia 2012

Pomysły na prezenty bez kupowania i tofurnik

Dziś widziałam billboard reklamujący jedno z warszawskich centrów handlowych - na obrazku para modeli zamknięta w szklanej kuli ze śniegiem i podpis w stylu: "Święta pełne zakupów". Strzał w dziesiątkę! Dokładne zobrazowanie współczesnej relacji między sacrum a grudniowymi świętami, nie ma co... 

Dla mnie Boże Narodzenie nie ma wymiaru religijnego (trochę inny światopogląd), ale zawsze o tej porze roku odpalamy z moim P. ulubione płyty ze świątecznymi songami (muzyka big bandowa to jest to!), mamy okazję chwilę posiedzieć w domu, pograć w planszówkę z moją baby sis, drapać psy, siedzieć dwa dni w piżamie i celebrować zimę. Fajnie! 




Jak co roku szukam pomysłów jak sprawić innym przyjemność (powiedzmy sobie szczerze, fajnie jest dostać czasem prezent), a przy okazji nie wydać masy pieniędzy na - często niepotrzebne - rzeczy. Poprosiłam też wszystkich, od których spodziewam się coś dostać, żeby obdarowali mnie drobiazgiem, chętnie czymś do zjedzenia lub rzeczą, która się zużyje (np. wege kosmetyk czy kawa), a jeśli już koniecznie wchodzą w grę środku trwałe, niech będą to książki (przyjmę akurat w każdej ilości). Nie jestem przeciwna wszelkim prezentom ze sklepu, ale chcę ograniczyć ich liczbę tym bardziej, że sama wiem, ile spośród nich jest mi niepotrzebnych.

BTW: Ostatnio czytałam, że 66% Brytyjczyków posiadających zwierzę wyda na prezent dla pupila tyle samo lub więcej co dla swojego partnera. Paranoja kompletna. Kocham moją sforę, ale wiem, że moje psy równie mocno ucieszą się z pluszaka za dwa zeta z lumpeksu co z zabawki drogiej firmy. Biorąc pod uwagę jakie są potrzeby bezdomnych, porzuconych zwierząt naprawdę są lepsze sposoby by wydać pieniądze... 


A wracając do ludzkich prezentów; oto kilka rzeczy, które zamierzam wypróbować w tym roku:
- Uszyję trąby na torebki foliowe z kuponów materiałów (podłużne worki z gumką, zrobiłam sobie taki ze dwa lata temu i nie dość, że super wygląda, to jest niezwykle funkcjonalny).
- Ozdobię część słoików z przetworami, które zrobiłam latem i wręczę jako wyrób z mojej manufaktury ;)
- Kupię w M&S ulubioną marmoladę mojego P., czyli tradycyjną angielską z pomarańczy:



- Przygotuję ciasto w słoiku, czyli gotową mieszankę na muffiny, albo do bezpośredniego pieczenia w słoju właśnie:


Foty z netu po wpisaniu w wujka gugla hasła "ciasto w słoiku" i orange marmalade.

- Przygotuję woreczki z ziołami do kąpieli (jak ktoś nie ma czasu, można kupić np. tu):



- Zrobię pakiety do parzenia mojej magicznej herbaty na przeziębienie (przepis tu).


- Ukręcę peeling do ciała z soli morskiej, olejków zapachowych i oliwy.
- Jak będę miała czas, wezmę się za domowe wegańskie praliny. 


W zeszłym roku uszyłam mojemu P. polarową chustę na szyję, ciotce alergiczce wręczyłam pudło orzechów piorących (tak się spodobały, że stosuje do dziś), ojciec dostał talon na masaż pleców :)


BTW: Zamiast kupować papiery ozdobne i torebki na prezenty, zbieram przez cały rok papierowe torby po zakupach itp. Teraz zamierzam je wyjąć, ozdobić (np. coś nakleić albo namalować) i użyć jako opakowań na podarki. Mam też zapas fajnych słoików i pudełek (będą w sam raz np. na domowe czekoladki). Co o tym sądzicie? Czy Waszym zdaniem tylko wege świry i ludzie z różnymi zajawkami uznają to za równie fajny prezent, co gadżet ze sklepu? 

A może macie jakieś fajne, sprawdzone pomysły na prezenty, które nie wymagają wielkich nakładów finansowych a przy okazji nie przyczynią się do produkcji kolejnej tony śmieci? Z chęcią wykorzystam! 

A na koniec obiecany w tytule posta przepis na tofurnik, za który powinnam w zasadzie podziękować całej blogosferze, bo poniższa receptura to efekt wielu prób, wykorzystywania i przerabiania przepisów innych. Pomysłów na sernik z tofu jest już w necie wiele, ale porządny wegeblog nie obejdzie się bez własnej wersji, więc oto i ona: 

Tofurnik:

2 paczki herbatników pełnoziarnistych (np. digestive firmy San)
Dowolny tężejący tłuszcz roślinny (ja użyłam kokosowego)

4 kostki tofu naturalnego (około 800 g, moje ulubione - Solida)
budyń waniliowy bez cukru (polecam Cykorię)
aromat waniliowy lub ekstrakt z wanilii
sok z 5 cytryn
cukier trzcinowy (w zależności od stopnia wyczulenia na słodki smak - od 1/2 do 1 szklanki)
mleko roślinne (u mnie było sojowe, waniliowe, około 2/3 szklanki)

Mój tofurnik został nieco przypieczony,  niestety zostawiłam go w piekarniku
pod opieką mojego ojca, który to nie ocenił odpowiednio sytuacji :) 



Z pokruszonych tłuczkiem herbatników i rozpuszczonego tłuszczu (wystarczy lekko podgrzać w garnku) robimy masę, którą szczelnie wyklejamy dno tortownicy. Tofu blendujemy na gładką masę dodając mleko roślinne, sok z cytryny, cukier, ekstrakt z wanilii, budyń). Jeśli po wyjadaniu łyżką coś zostanie nam trochę masy ;) przekładamy ją na ciasteczkowy spód i pieczemy w piekarniku przez mniej więcej godzinę w temperaturze 180 stopni.
Jeśli chodzi o proporcje, to robię na wyczucie, jak zmiksuję tofu z budyniem, sokiem z cytryn i połową szklanki mleka sprawdzam, czy masa nie jest zbyt zbita, wówczas dolewam jeszcze trochę mleka. Podobnie z cukrem - ponieważ daję sporo cytryny (spróbujcie raz wcisnąć sok z kilku cytryn, tofu nabiera bardzo twarogowego i wyrazistego smaku), dosypuję więcej cukru (tu było z 3/4 szklanki), ale to właśnie kwaśny posmak sprawia, że tofurnik może bez kompleksów konkurować z tradycyjnym sernikiem.

P.s. Cukier trzcinowy do wypieków trzymam w słoiku z kilkoma laskami cynamonu - nabiera przepięknego aromatu bez żadnych sztuczności! :)

BTW: Zdarzyło mi się raz kupić fix do serników i nigdy więcej nie popełnię tego błędu (czytanie etykiet to jednak podstawa dobrych wyborów przy robieniu zakupów, nie tylko dla wegan) - jego skład to tylko skrobia ziemniaczana (czyli to samo co mąka ziemniaczana lub budyń), za to cena oczywiście większa :)

czwartek, 29 listopada 2012

29 listopada Dzień solidarności z ubóstwem

Wiele osób sądzi, że problem ubóstwa, to sprawa dotycząca krajów trzeciego świata, czy sytuacji po klęskach żywiołowych - perspektywa odległa i istniejąca marginalnie w naszej strefie geograficznej.
Tak nie jest, o czym można przeczytać choćby tu - z artykułu można dowiedzieć się między innymi o tym, że w samej Polsce w skrajnym ubóstwie żyją dwa miliony ludzi...

Dziś w Polskim Radio - w Trójce - pojawią się audycje poruszające ten problem, będą również wskazówki jak można pomóc tym, którzy mają mniej. Wbrew pozorom możliwości jest bardzo wiele i nawet ci, którzy nie mają czasu angażować się w wolontariat, czy brak im pieniędzy umożliwiających wspieranie finansowe, mogą pomóc choćby przez klikanie w Internecie.

Więcej o dzisiejszej akcji w Trójce tu

ps. Jeśli znacie różne strony, które umożliwiają pomaganie przez klikanie, zostawcie info w komentarzach, zrobię zbiór polecanych miejsc :)


środa, 28 listopada 2012

Ubój rytualny niezgodny z polską konstytucją czyli zabobony vs zdrowy rozsądek

Ostatnio pilnie śledzę wydarzenia związane z próbą przeforsowania uboju rytualnego jako legalnego sposobu uśmiercania zwierząt w Polsce. Dobra wiadomość jest taka, że Trybunał Konstytucyjny uznał pozwolenie wydane przez ministra rolnictwa za prawną samowolę, jako że jest ono niezgodne z konstytucją RP (więcej informacji tu).

Niestety, realne zagrożenie zezwoleniem na te barbarzyńskie, ale swoją drogą i zupełnie idiotyczne zabobony istnieje nadal, bo w styczniu ma się zjawić jakieś rozporządzenie UE i trzeba do końca grudnia toczyć walkę, by tak się nie stało, cytuję:

"Rozporządzenie Unii Europejskiej wcale nie wymusza zalegalizowania uboju rytualnego w krajach, które do tej pory go nie dopuszczały (w Polsce liczy się ustawa, nie rozporządzenie). Przeciwnie, jego art. 26 mówi: "Państwa członkowskie mogą przyjąć przepisy krajowe, które służą zapewnieniu dalej idącej ochrony zwierząt podczas ich uśmiercania". Trzeba tylko do końca roku złożyć odpowiednie zastrzeżenie - wyjaśniała Ewa Siedlecka z "Gazety Wyborczej". O to będą teraz walczyć przeciwnicy uboju rytualnego".


Protestujmy więc ile wlezie, tu jest petycja do podpisania, jak się wpisze w wyszukiwarkę hasło "sprzeciw wobec legalizacji uboju rytualnego w Polsce wyskoczy akcja na fejsie i inne inicjatywy.

Mam nadzieję, że rozsądek i empatia odniosą zwycięstwo nad idiotycznie pojętą ekonomią (bo jednym z argumentów za ubojem jest groźba pozbawienia pracy rzeźników (sic!), a ci silnie lobbują za utrzymaniem swych posadek, bo takie "czyste" mięso sprzedają za dużą kasę zagranicą) i reliktami przedpotopowego myślenia, które przekazuje bzdury o nieczystości kobiet przez tydzień w miesiącu i rzekomej woli boga o zabijaniu zwierząt (swoją drogą, fajny bóg...). 

Wszelkie te "rytuały" podszyte religią są dla mnie najgorsze, bo kompletne bzdury uzasadnia się wolą boską, a z tą trudno jest dyskutować... Sorry za mocny ton, ale jak pomyślę o tym, że moja odsłonięta twarz, stopy, samotny spacer po ulicy czy biologia obrażają jakiś absolut i każą widzieć we mnie gorszego człowieka, któremu można swobodnie obciąć rękę za kolorowe paznokcie, to nijak nie mogę się zebrać na dyplomatyczny ton, czy poprawność polityczną :/

Podobnie jest z tymi zwierzętami, które "trzeba" umęczyć, związać, doprowadzić do skrajnego stresu, podciąć gardło i dać się wykrwawić żeby bóg był wreszcie zadowolony i pozwolił je zjeść.

wtorek, 27 listopada 2012

Wegańskie inspiracje sportowe, astma i psy jedzące truskawki :)

Może część osób wpadających na ten blog już się zorientowała, że jestem sportowym świrem. Treningi robię niemal codziennie (dwa wolne dni w tygodniu to maks), bez porządnej dawki ruchu każdego dnia jestem jak nadpobudliwy dzieciak. Paradoksalnie, po mega ciężkim treningu, prysznicu i butelce wody mam dużo więcej energii niż kiedy przez klika dni naprawdę nie mogę ćwiczyć, bo jestem od rana do nocy w rozjazdach, chociaż zdarzało mi się ćwiczyć i koło północy - prawie, jak perfekcyjna pani domu, która nie pójdzie spać, jak nie umyje wanny! :D :D :D


Dość szybko się nudzę i nie znoszę wielogodzinnych, monotonnych ćwiczeń dlatego uwielbiam HIIT (trening interwałowy - bardzo intensywny i dość krótki). Wyjątkiem jest bieganie, które mimo wykonywania wciąż tych samych czynności uwielbiam i bardzo cenię sobie stan lekkiego zapadania się myśli do wewnątrz, możliwości skupienia i wyciszenia, ale i tu niekiedy przydaje mi się towarzysz do konwersacji podczas dłuższych lotów :)



Ciągle szukam inspiracji, nowych form, metod, a przede wszystkim ludzi, którzy tak jak ja z powodzeniem budują swoją wytrzymałość, siłę i kondycję wyłącznie na diecie roślinnej. Poniżej znajdziecie moje ostatnie odkrycie, ale najpierw krótka historia dlaczego tak bardzo mnie to kręci.

Nie mam żadnego glejtu na ADHD, za moich czasów dzieci wiercące się w ławce, niemogące skupić określało się mianem żywego srebra, a chłopców piszących "Juzef" uczyło ortografii na pamięć zamiast wystawiać kwit "dyslektyk", ale to w zasadzie odrębny temat. W każdym razie kiedy byłam małym glutem moim rodzicom zdarzało się przytraczać mi szelki i prowadzać... no w sumie chyba należałoby to nazwać prowadzaniem na smyczy żebym gdzieś nie zwiała :)

W każdym razie oprócz tego, że miałam kłopoty ze spokojnym siedzeniem miałam też astmę o ciężkim przebiegu (czyli np. non stop na lekach, a kilka razy w roku leżenie w szpitalu po napadach duszności). Wyborne połączenie :) Nigdy nie chodziłam na wf, zawsze miałam zwolnienie (z półtora roku siedziałam też w domu mając nauczanie indywidualne bo ciągle nie było mnie w szkole), mój lekarz zalecał ewentualnie lekki basen (ale to było mało realne bo do najbliższego osir-u było kilkanaście kilometrów, no i ciągle się przeziębiałam po wyjściu z wody), a w lato siedzenie w domu bo wszystko pyli i uczula (chyba wiem jak się musiał czuć stary astmatyk Marcel Proust...).

I tak sobie dotrwałam do liceum kiedy to (wciąż mając zwolnienie z wf - swoją drogą beznadziejnie prowadzonego) jak niemal każda młoda dziewczyna w pewnym momencie niestety stwierdziłam, że jestem za gruba. Idiotyczne i szkoda, że nie miałam wówczas tej świadomości, którą mam obecnie (uwielbiam mieć trzy dychy na karku!!!), w każdym razie zaczęłam na własną rękę trochę ćwiczyć w domu. Bez szaleństwa, bo okres dojrzewania raczej nie wyciągnął mnie z choroby (tak się czasem dzieje z alergikami i astmatykami) i wciąż przebiegnięcie iluś tam metrów kończyło się dusznościami i aplikacją leku, ale jednak coś się ruszyło.

W międzyczasie przeszłam na jasną stronę mocy - wegetarianizm (za to zaczęłam palić papierosy - idiotka skończona - które na szczęście na studiach szybko wybił mi z głowy mój P a przy okazji namówił - on, mięsożerca kiedy się poznaliśmy - na wspólne przejście na weganizm). 

A co jest dzisiaj? Jeśli nie mogę przebiec czterdziestu kilometrów, to wyłącznie dlatego, że odzywa się moje nadwyrężone kolano - nigdy płuca. Trzaskam pompki, jestem wytrzymała i dużo lepiej znam swoje ciało. Mogę z całą pewnością powiedzieć, że dzięki diecie wegańskiej i regularnym ćwiczeniom doprowadziłam się do najlepszego stanu zdrowia w moim życiu (pomijając te wszystkie drobne przyjemności, kiedy ktoś myśli, że mam szesnaście lat). Wnioski pozostawiam do indywidualnego namysłu, nie będę ideologizować, że z każdej choroby da się wyciągnąć w taki sposób, na pewno nie, ale jeśli zacznie się myśleć o jedzeniu jako budulcu każdej komórki ciała, a nie tylko przelatującej przez ciało papce, to jakoś chce się staranniej dobierać produkty, czyż nie?
A to, że nie chcę odbierać nikomu życia żeby coś zjeść uznaję za oczywistość :)

Wracając do sportu, trafiłam ostatnio na cudną parę, która prowadzi stronę Fit for two - weganie, mieszkają z psami, biegają i umieszczają swoje treningi w necie. Po co? Oto credo z ich face'a:

MISSION: To INSPIRE and EMPOWER others to lead happy and healthy lives.

Why Vegan and Organic?
Without being preachy, here's a short list of what veganism and organics mean to Marta and Brock:
For the planet
For the animals
For the people
For health
For nonviolence
For love



A to przykład ćwiczeń:



No i jak ich nie polubić? Jeśli mało, to może przekonają Was ich wcinające owoce psy:


niedziela, 25 listopada 2012

Test z okazji DNIA BEZ FUTRA


Czy bezwzględne wykorzystywanie innych dla swojego własnego zysku jest złe?
Czy według zasad wyznawanej przez Ciebie wiary zabijanie, które nie służy obronie własnego życia jest złe?
Czy uważasz, że używanie przemocy wobec słabszych, bezbronnych tylko dlatego, że mają coś cennego, co chciałoby się mieć nie jest w porządku?
Czy jesteś wege (wegetarianizm, weganizm) lub rozumiesz przesłanki, którymi kierują się tacy ludzie?
Czy umiesz bawić się modą i ubrać się stylowo/fajnie/ciekawie/tak jak lubisz wykorzystując tylko ciuchy z bawełny/ekoskóry/tkanin naturalnych?
Czy uważasz, że łatwiej żyje się wśród ludzi, którzy są empatyczni i wyznają zasadę "nie rób drugiemu co tobie nie miłe" niż wśród tych, którzy dbają tylko o swoją satysfakcję i o swoje dobro?

Jeśli na któreś z pytań odpowiedziałaś/łeś TAK to znaczy, że doskonale ROZUMIESZ okrucieństwo jakie niesie ze sobą przemysł futrzarski, a Twoje poglądy są bliskie ludziom, którzy walczą o zaprzestanie tego procederu. A skoro tak jest, nie powinnaś/powienieneś popierać przemysłu futrzarskiego nosząc rzeczy wykonane z futra, kupując futra innym na prezent, czy reklamując np. na blogach o modzie takich ubrań. 
Możesz za to w prosty sposób pomóc w zakazaniu hodowli zwierząt na futra poprzez swój aktywizm np. edukację innych: drukując plakaty, wlepki, naszywki, pisząc o problemie na swoim blogu, umieszczając info na facebooku itp.




sobota, 17 listopada 2012

Nie przekraczajmy granicy szaleństwa vs. Mistrzowie hipokryzji, czyli jak jest budowany dyskurs o prawach zwierząt.

Ostatnio w dość ograniczony sposób jestem w blogosferze, nie mam zbyt wiele czasu zarówno na czytanie tego, co u innych, jak i na pisanie swoich postów, choć po głowie chodzi mi mnóstwo spraw, które nie dają mi spokoju.

Z nadejściem zimy niedola zwierząt żyjących na dworze - tych na wsi, przywiązanych do rozwalających się bud, porzuconych w czasie lata w podmiejskich lasach, wreszcie w schroniskach - jest widoczna jeszcze bardziej niż kiedy jest ciepło, sucho i da się jakoś przeżyć na resztkach wyrzucanych przez letników, czy śpiąc na dworze pod gołym niebem.

Będąc do tydzień w podmiejskich okolicach widzę zmarznięte zwierzaki przy nędznych budach, pod sklepami wychudzone psy, które na pewno zostały wyrzucone przez przyjezdnych (rasowe w 100%, a takie na wsi same się nie biorą...). To tereny, które choć nie są położone daleko od wielkiego miasta, nie wchodzą w obszar działań straży miejskiej, w najbliższej okolicy nie ma prozwierzęcej organizacji, która zajmowałaby się interwencjami. Jest miejscowa policja, której funkcjonariuszy zna każdy i vice versa - oni są znajomymi dużej części mieszkańców, więc zgłaszanie takich spraw to w dużej mierze wysyłanie policji do pociotków, albo dalekich znajomych...

Miasto bardzo rozleniwia intelektualnie, z właściwie może bardziej odziera z empatii i myślenia o innych. Na ulicach nie widać wychudzonych zwierząt, na łańcuchach i przy połamanych budach, schroniska znajdują się na obrzeżach, za murami i mało kto tam bywa - zwykle wolontariusze, czasem ktoś, kto decyduje się na adoptowanie bezdomnego zwierzaka zamiast kupować rasowego yorka czy labradora.

Dotyczy to zresztą także i innych gatunków - chorzy ludzie są skutecznie izolowani przed wzrokiem zdrowych więc nie psują widoku wieszanych w listopadzie (sic!) lampek mających przypominać o święcie wiecznej, odradzającej się miłości (sic!), śmieci zabierane są wcześnie rano, po kryjomu, żeby nikt nie widział tego, co brudne, bieda jest skrzętnie usuwana jako mało znaczący - w globanym rozrachunku - problem Urzędu Miasta w obliczu takich monumentalnych spraw jak pomniki, stadiony czy wydanie pozwolenia na anektowanie kolejnego skweru pod budowę "apartamentów" po 40m2.

To wszystko odbywa się wśród ludzi, którzy w większości deklarują, że takie zasady jak: miłość bliźniego, szacunek do życia, zakaz zabijania są priorytetami ich światopoglądu i określają stosunek do rzeczywistości.

Mam olbrzymi żal do ludzi reprezentujących myśl chrześcijańską, która - w mniejszym lub większym stopniu - leży przecież u podwalin europejskich (czy szerzej: zachodnich) wartości, że mając taką moc oddziaływania w najmniejszym nawet stopniu nie próbują realizować i wpajać naczelnej zasady tej wiary - miłości bliźniego. To trochę tak, jakby weganinem mogło się być tylko w teorii, głosiło, że zwierząt nie należy eksploatować, a w praktyce jadłoby się kotleta i uznawało, że wszystko jest ok., no bo przecież idea ideą, ale proza życia, dyspensy, ułomność natury ludzkiej itp...
Takich ludzi każdy nazwałby przecież głoszącymi pustosłowie hipokrytami, czyż nie?

Od pewnego czasu zauważyłam, że część środowisk związanych w jakiś sposób z  kościołem znalazła sobie nowego wroga w walce o swoje przekonania: ruch prozwierzęcy. Widziałam już wiele plakatów, artykułów w sieci, gdzie zdjęcie zakrwawionego płodu z aborcji zestawione jest z małpą poddawaną wiwisekcji i podpis w stylu: "Co jest ważniejsze", albo "Skoro to jest złe (wiwisekcja), to co dopiero to (aborcja)".
Niestety wymowa tych plakatów, artykułów itp. jest taka, że coś się ludziom w głowach poprzestawiało, bo wyżej cenią życie zwierzęcia, niż człowieka i zamiast chronić "prawdziwe" życie, skupiają się na obronie zwierząt.

Abstrahując od samej aborcji, która jest kwestią bardzo złożoną i wymaga rozpatrywania w wielu kontekstach, przerażające jest dla mnie to, że ludzie wydają się zupełnie nie zauważać jaki wpływ na stosunek człowieka do otaczającego go świata ma sposób, w jaki myśli o zwierzętach, przyrodzie, niezależnie od tego, czy uznaje to wszystko za wytwory boskie czy spadek po wielkim wybuchu, że wyjęcie zwierząt poza nawias zainteresowań od razu narzuca scentralizowaną, egoistyczną perspektywę myślenia o funkcjonowaniu w świecie. 

Szacunek do życia zwierząt wiąże się nie tylko w faktem, że taki ktoś jako dorosły zatrzyma się przy potrąconym psie, wrzuci do skarbonki na schronisko, czy wezwie straż jak zobaczy katowane zwierzę, ale z tym, że pomoc słabszym, pokrzywdzonym stanie się niejako naturalna i wyznaczy też kierunek myślenia o relacjach międzyludzkich. Nie znam wegan pełnych nienawiści, których obchodzi tylko czubek własnego nosa lub też żyjąc wygodnie nie interesują się w ogóle cierpieniem innych. Większość z nich jest zaangażowana w różne akcje: społeczne, animacyjne, chodzi na demonstracje zarówno Amnesty jak i w obronie zwierząt, zajmuje się wolontariatem lub wpłaca kasę. Szczerze mówiąc moi znajomi spoza tego kręgu w zasadzie nie robią nic w tym kierunku i ciężko jest ich zmobilizować do wszelkich akcji charytatywnych; żyją przede wszystkim swoim życiem i swoimi problemami. To moje własne obserwacje, ciekawa jestem czy w waszym środowisku też tak jest, czy poglądy dotyczące relacji zwierzoludzkich różnicują także w tej sferze?


Cieszy mnie coraz szerzej zakrojona dyskusja o konieczności zmiany statusu zwierząt w świecie zdominowanym przez ludzi. W niemal każdym numerze Przekroju znajduję artykuły poruszające w różnych kontekstach problem eksploatacji zwierząt, opisywane są konsekwencje, możliwości, wiele wspomina się też o diecie roślinnej jako alternatywie, w którą wierzy już nie tylko banda świrów przywiązanych do drzewa, ale i naukowcy czy lekarze.

No i słowo o tytułowym dyskursie. Ostatnio przeczytałam dwa artykuły podnoszące temat praw zwierząt. Pierwszy z nich to wywiad z Janem Hartmanem do przeczytania tu, drugi to tekst Szymona Hołowni ze strony Newsweeka. Teoretycznie wymowa obu jest taka sama: trzeba zmienić obecną sytuację, jest zbyt wiele cierpienia dookoła. Ale z pierwszym z nich to człowiek jest centrum i jego interes wyznacza granicę, którą to w końcu przybiera się w twierdzenie: "Nie przekraczajmy granicy szaleństwa bo niczego nie zjemy", stosując odpowiednią retorykę racjonalizowane jest cierpienie zadawane zwierzętom, w drugim zaś obnażany jest schizofreniczny charakter takiego myślenia i szersze konsekwencje stosowania języka, w którym to kategorie prawne, ekonomiczne są priorytetem w myśleniu o zabijaniu. Pozwalam sobie przytoczyć obszerne fragmenty obu tekstów:


Hartman:
"Krystyna Naszkowska: Jak filozof, etyk radzi sobie ze swoją mięsożernością? Przecież jedząc mięso przyczyniamy się do krzywdzenia zwierząt. Czy jeśli chcemy być naprawdę ludzcy, to musimy być wegetarianami?

Prof. Jan Hartman, filozof i bioetyk: Nie można stawiać ludziom wymagań niemożliwych do spełnienia. Zabijanie się w świecie zwierzęcym, do którego sami należymy, jest czymś zwykłym i nie ma co udawać, że nie jesteśmy zwierzętami mięsożernymi. Być może poszczególne osoby mogą się wyrzec mięsa, ale jako gatunek nie musimy, a chyba i nie możemy dążyć do takiego ideału. Człowiek, który je mięso, nie musi czuć się winny z tego powodu. Jednak powinien mieć na uwadze to, jak żyło i jak umierało zwierzę, którego mięso zjada. Powinniśmy dążyć do tego, aby, jeśli to tylko możliwe, jeść mięso pochodzące od zwierzęcia, które miało akceptowalne życie, a śmierć nie była dla niego".

(...)

- Ja na przykład, choć bardzo lubię kurczaki i ryby, często wybieram wołowinę. Uważam, że etyczniej jest jeść mięso pochodzące od dużego zwierzęcia. To bowiem oznacza, że jedna śmierć wystarczy do wykarmienia wielu osób. Wyobrażam też sobie, może naiwne, że ta krowa chodziła po łąkach, a nie stała w oborze, miała więc lepsze życie niż kurczaki stłoczone w kurniku.

Starajmy się jeść mniej. Jedzmy mniejsze porcje, rezygnujmy z mięsa w niektóre dni. To już coś, a i dla zdrowia korzyść. Jemy przecież za dużo. Ograniczenie spożywania mięsa to znacznie mniej, niż wegetarianizm, ale zawsze to coś. A stać na to większość z nas. Błędem jest stawianie sprawy wedle reguły wszystko albo nic".


Hołownia:
"Naukowcy uwielbiają mówić o wdzięczności dla zwierząt składających życie na ołtarzu nauki, o tym, że to „zło konieczne”, że to niezbędne, jeśli nauka ma iść naprzód. Pytanie tylko, czy nauka pyta kogokolwiek (np. nas beneficjentów tych tortur), czy chcemy, aby parła naprzód takim kosztem? I czy naukowcy w pogoni za habilitacjami na pewno są świadomi, że zadawanie cierpienia i śmierci ma z moralnego punktu widzenia uzasadnienie tylko wtedy, jeśli rzeczywiście może oszczędzić cierpień konkretnej istocie?

Że duch arogancji i pychy unosi się nad stwierdzeniami niektórych polskich zoologów, którzy twierdzą, że istniejąca ustawa ogranicza ich, bo przecież „największe odkrycia rodziły się z doświadczeń przeprowadzanych z czystej ciekawości”?Idźmy dalej. Warto wreszcie przyjąć do wiadomości, że zamiast ronić łezki nad losem potrąconego przez auto zajączka, powinniśmy raczej wybierać w drogerii kosmetyki, których producenci stosują się do obowiązującej od marca unijnej dyrektywy zabraniającej handlu preparatami testowanymi na zwierzętach.

Że daliśmy się uwieść państwu, które pozwala tytułować się lekarzami weterynarii osobom mającym z leczeniem tyle wspólnego co więzienny dozorca? Patrz przykład weterynarzy z końskich targów w Świętokrzyskiem czy powiatowej lekarki weterynarii z Lęborka, która patrząc na koszmarne warunki, w jakich trzymano krowy w Janowicach, orzekła, że to „typowy chów alkowowy”?

Że ktoś musiał podpisać nominację sędziego z Nowej Huty, który uznał, że wynaturzeniec wytapiający smalec z psów jest w porządku, w końcu psy zjada się także w innych kręgach kulturowych? Że to spośród naszych bliższych czy dalszych znajomych rekrutują się kretyni wyrzucający zwierzęta z jadących samochodów? Że gdziekolwiek pojawia się ktoś, kto chce zwierzętom pomóc – a wiem coś o tym, bo staram się wspierać kilka schronisk – zaraz pojawiają się ludzie, którzy lubią robić kasę, zaczynają się odwoływania zarządów przez nowe zarządy, listy otwarte do darczyńców, przepychanki i afery.

Warto zrobić taki rachunek sumienia, gdy kolejny raz najdzie nas ochota, by uronić łezkę nad opisanym w gazetce zwierzakiem. I albo sprawić, żeby były czyste, albo – chyba prędzej umrę, niźli to nastąpi – żeby nie musiały płynąć".



czwartek, 1 listopada 2012

Banana Moccha i surowa czekolada.


Na brzydką pogodą, podły nastrój, większe i mniejsze smutki najlepsza jest niewątpliwie czekolada.  No, może nie do końca, bo przez różne sprawy humor mam ostatnio dość podły, ale na małe smutki albo zawieruchę działa bezbłędnie. Ostatnio raczę się przepyszną wersją gęstej, mrożonej kawy (tak, nie ma nic lepszego zimą niż lodowe desery!); zmodyfikowany przeze mnie przepis pochodzi stąd, zweganizowana wersja, poniżej:

1.5 mrożonego banana
pół filiżanki mocnej kawy (zimnej)
filiżanka mleka (sojowego, orzechowego migdałowego) z lodówki
łyżeczka cynamonu
2 czubate łyżeczki kakao (może być surowe, natomiast rozpuszczalne odpada)
1 łyżeczka masła orzechowego

Wszystkie składniki blendujemy i gotowe! Smak tego shake'a jest fantastyczny, konsystencja przypomina fast foodowe wersje (mega gęste i słodkie), mocno czekoladowy akcent zaspokoi z pewnością gusta niejednego miłośnika czekolady :) A przy okazji w składzie nie ma cukru - samo zdrowie! 

Jeśli to za mało i na zaleczenie chandry potrzebna jest podwójna dawka czekolady, polecam wypróbowanie surowej czekolady z wiśniami i jagodami acai. Mój P. mnie ostatnio rozpieszcza małymi smakołykami, oto jego ostatnia zdobycz z jakiejś przeceny:


ps. I najlepszego z okazji Światowego Dnia Weganizmu! U mnie nastąpiło połączenie Święta Zmarłych i Dnia Wegan - w ogrodzie pali się światełko dla moich ukochanych psów, które odeszły i za wszystkie zwierzaki, które umierają przez nas, czy lądują na talerzach :/

czwartek, 25 października 2012

Refleksje po spotkaniu z szefem polskiego Greenpeace, czyli czemu nie zapiąć wszystkiego na ostatni guzik?

Przedwczoraj informowałam o małym tour de Pologne prezesa polskiego oddziału Greenpeace, które  wciąż jeszcze trwa, zaś we wtorek odbyło się warszawskie spotkanie z Maćkiem Muskatem. Jak było? Relacja poniżej.

Jak tylko mam czas, chodzę na różnego rodzaju spotkania, konferencje z zakresu interesujących mnie dziedzin (niekoniecznie dotyczących weganizmu czy o tematyce eko), odkąd pamiętam jest we mnie olbrzymi pęd do wiedzy. I nie chodzi tu o utwierdzanie się we własnych przekonaniach, wzajemne przyklaskiwanie towarzystwa, które łączą te same poglądy. Interesuje mnie przede wszystkim wymiana zdań, ciągłe konstytuowanie się sensów podczas dyskusji i dialogu, otwieranie się nowych perspektyw, które pozostawiają mnie z mnóstwem spraw do przemyślenia.

Dialogu - właśnie tego słowa użył na początku swojego wystąpienia Maciek Muskat, kiedy zgromadzone towarzystwo (dość nieliczne jak na dwumilionowe miasto), zasiadło wokół ekranu w oczekiwaniu na prezentację prezesa Gp.

Zanim napiszę cokolwiek więcej, chciałabym zaznaczyć, że zgadzam się z ideowym zapleczem Greenpeace, problem ginięcia gatunków, zanieczyszczenia Ziemi, ekspansywnego i agresywnego przemysłu są mi bardzo bliskie. Tym bardziej liczyłam, że podczas wtorkowego spotkania dowiem się mnóstwa nowych rzeczy, poznam proponowane przez GP możliwości zmian, pozyskam kolejne argumenty do rozmów z tymi, dla których problemy środowiska są bez znaczenia, wydają się obce i nieistotne w obliczu lokalnych informacji okołopolitycznych czy gospodarczych.

Jak nietrudno się domyślić, na tego typu spotkania w środku tygodnia, do małej knajpki na Powiślu przychodzą niemal sami entuzjaści popierający daną ideę, a nie przypadkowy przechodzień, nowy narybek, który nie ma pojęcia, czym jest taka organizacja i najpierw trzeba w ogóle zwrócić uwagę, że problem zanieczyszczenia środowiska istnieje. Prezentacja natomiast zaczęła się od zdjęcia z jakiegoś filmu science fiction, gdzie kosmici najechali Ziemię i dyskursu typu: "co byście zrobili, gdybyście widzieli, że na naszej planecie wylądowali źli obcy i ją niszczą?" i pytania: "czy kochasz swoją planetę?". Potem na slajdach pojawiło się jeszcze trochę danych statystycznych (o ginięciu gatunków, zanieczyszczeniu, połowach ryb) i... właściwie to tyle. Nie padło ani jedno słowo o możliwych posunięciach, propozycjach działań, środkach zaradczych, a dyskusja, która nastąpiła po pokazie była w zasadzie pro forma (bo czy można nazwać dyskusją rozmowę, w której ktoś wciąż mówi swoje, do zadawanych pytań wydaje się mieć lekceważący stosunek i nie odpowiada w sposób konkretny czy merytoryczny?).


Kogo i co chciałabym zamiast tego zobaczyć? Człowieka, od którego czuć dobrą energię - pozytywne nastawienie do rozmówców, chęć nawiązywania DIALOGU właśnie, żądnego wymiany zdań i wreszcie przedstawiającego propozycje możliwych rozwiązań obecnej sytuacji. No i kogoś, kto dobrze mówi po polsku, sorry za ten wtręt, ale jeśli jakaś osoba jest odpowiedzialna za wizerunek całej organizacji, to sposób w jaki wypowiada swoje myśli przez prawie godzinę (i do tego chce przekonać odbiorcę do swoich racji) ma olbrzymie znaczenie.

Tego wszystkiego drastycznie zabrakło, zamiast tego widziałam chwilami aż nieprzyjemnie pewnego siebie człowieka, który nie odpowiadał w sposób merytoryczny na zadane mu pytania (np. na głos z sami: "A czy pewnym rozwiązaniem sytuacji nie jest edukacja, szerzenie idei weganizmu i czy nie warto żeby GP o tym mówił?" odpowiedź brzmiała "to za mało" po czym nastąpiła kompletna zlewka tematu), przerywał innym, był mega niechętny wszelkiej krytyce, choć ta była niezwykle konstruktywna, ludzie zastanawiali się, jak poprawić medialny wizerunek GP, zwracali uwagę na słabsze punkty by móc zdziałać więcej. Dla prowadzącego problem zdawał się nie istnieć i cały czas podkreślał, że to on ma rację i inaczej się nie da.

Niedawno w necie ktoś wskazywał na blogi, które go zachęcały do przejścia na weganizm lub też zniechęcały. Po jednej ze stron znajdowały się te, gdzie czuć radość ze świadomości jak można żyć cruelty free, jak super jest wege żarcie, ile pozytywów wydarzyło się w życiu od czasu "bycia wege" mimo goryczy jaką jest nieustanna świadomość ogromu cierpienia zwierząt, gdzie czuć, że ktoś wciąż poszukuje i sprawdza (także siebie), zachęca do podejmowania działań, po drugiej zaś blogi wyróżniające się mentorską postawą piszącego, wywyższającym tonem i podejściem "ja ci pokażę, jak żyć". 

Nietrudno się domyślić, jaki dyskurs został narzucony we wtorek. Jest to dla mnie przede wszystkim mega przykre, bo choć zgadzam się z poglądami GP to gdybym była "po ciemnej stronie mocy" ;) i pierwszy raz miała styczność z takimi problemami, nie wyszłabym z tego spotkania przekonana - zarażona entuzjazmem, pełna chęci by zmieniać świat i to niestety głownie z powodu lidera :(

Po kilkunastu latach angażowania się w przeróżne akcje, widząc także od środka jak funkcjonują niektóre stowarzyszenia, organizacje itp. moja konstatacja jest taka, że często czegoś brakuje, nie ma tego przysłowiowego zapięcia na ostatni guzik i dotyczy to różnych spraw: od np. braku jakiegokolwiek odzewu na telefoniczne zgłoszenia, że zwierzętom dzieje się krzywda, przez średniego lidera, kiepską reklamę danego wydarzenia, po brak relacji z przeprowadzonej akcji, co umożliwiłoby zobaczenie, że coś się dzieje, że przyszli ludzie, i że ci co nie byli, mają czego żałować. 

Doskonale wiem, że ci wszyscy ludzie chcą dobrze, angażują często swój wolny czas w pomoc innym i to jest fantastyczne, jednak przydałby się i ten guzik, by osiągać możliwie najlepsze efekty (a że się da pokazuje choćby przykład WOŚP, która chyba jak żadna inna fundacja jest w stanie poderwać ludzi do regularnego działania).


Susan Sontag powiedziała kiedyś: Współczucie to nietrwała emocja, trzeba ją przekuć w działanie inaczej obumiera" - z mojego osobistego doświadczenia wynika, że w dłuższej perspektywie więcej znajomych zachęciłam do spróbowania wegańskiej diety filmem "Making the connection" niż, robiącym na nich dużo większe wrażenie (a moim zdaniem równie potrzebnym co "MtC"), "The Earthlings", co może nie najlepiej świadczy o ludzkiej rasie, ale to już zupełnie inna historia... ;)

Ciekawa jestem, jakie są Wasze doświadczenia z różnego typu organizacjami, czy emanują entuzjazmem swoich członków i mimo ciężaru problemów, jakimi się zajmują potrafią w skuteczny i energetyczny sposób wskazywać problem, zachęcać do działania, edukować i przekonywać do swoich racji?

-----------------------------
BTW: z niecierpliwością czekam na przepisy z tegorocznego Ciasta w miasto, było bardzo fajnie, super ciacha, ale relacji lub info jak udała się zbiórka brak, a szkoda, bo idea jest mega! :)

wtorek, 23 października 2012

Spotkanie z Maćkiem Muskatem - szefem polskiego Greenpeace, dziś: Warszawa

Dziś w Tarabuku spotkanie z Maćkiem Muskatem z polskiego oddziału Greepeace (ja się wybieram, jak ktoś ma wolny wieczór - polecam), myślę, że to dobra okazja żeby usłyszeć z pierwszej ręki garść najnowszych informacji o alternatywnych metodach ekonomicznego i społecznego rozwoju - bez zanieczyszczania, bezmyślnego eksploatowania środowiska. A przy tym okazja, żeby przyjrzeć się działalności Greenpeace z bliska :)

Od jutra wizyty w innych miastach. Więcej informacji tu:


piątek, 19 października 2012

Ile można pociągnąć na samych jabłkach, czyli chroniczny brak czasu.



Październik się skurczył. I to drastycznie, zupełnie nie wiem jak się w tym roku niezauważenie przemknął - właśnie dotarło do mnie, że do końca miesiąca pozostało dziesięć dni i właściwie za chwilę zaczną się pogodowe okropności.

Od kliku dni jest przepiękna pogoda, a ja niestety nie mam czasu, żeby wziąć P. za łapę i ruszyć na spacer, porządnie się wybiegać, czy posiedzieć z kubkiem kawy w ogrodzie. Do domu przychodzę jak do noclegowni, wypadam rano i wracam wieczorem nie tykając ani kuchennych, ani żadnych innych domowych spraw (bałagan w moim wydaniu jest już niemal mityczny...). Nie mam za bardzo czasu przygotować sobie jedzenia na cały dzień (co zwykle praktykuję), wrzucam więc do torby stos jabłek i wcinam cały dzień (całe szczęście, że uwielbiam jabłka), dopiero wieczorem, przed pójściem spać wrzucając w siebie jakieś spady z lodówki (tak, bardzo to mądre i zdrowe).

Dlatego dziś postanowiłam choć trochę urozmaicić mono dietę i zrobić zupę, na szczęście zupy mają to do siebie, że wystarczy 10 minut na pokrojenie i umycie warzyw, a reszta robi się sama. Na kombinacje nie mam siły, więc sięgnęłam po jedną z moich ulubionych zup - z dyni zwłaszcza, że sezon na te piękne kule w pełni. Zrobiłam uproszczoną wersję dyniówki, którą kiedyś prezentowałam na blogu, doskonale rozgrzewa i wspaniale łączy smak dyni i curry:


1. Kawałek dyni (ja miałam polską odmianę - to podobno istotne, bo z innej robi się najlepszą zupę, z innej ciasta, z jeszcze innej, jak zapewniał mnie pan sprzedający pomarańczowe cuda, powycinane potwory-lampiony)
2. Włoszczyzna (por, 2 marchewki, seler, 2 pietruszki)
3. Ewentualnie mleko kokosowe w roli śmietany
4. Curry
5. Świeżo zmielony pieprz, papryka chili
6. Ziele angielskie, liść laurowy, pieprz w kulkach ;)
7. Imbir - świeży lub w proszku


Wszystkie warzywa myjemy i obieramy - jeśli mają nieciekawą skórę (marchew i pietruszkę wrzuciłam bez obierania), dynię patroszymy (pestki można umyć, rozsypać na papierze i zostawić do wyschnięcia - świetna alternatywa dla chipsów), obieramy ze skóry (jeśli ma się czas, można włożyć kawałek dyni do piekarnika, po kilkunastu minutach mięknie i łatwo wygrzebać miąższ łyżką, ja tym razem pokroiłam surową nożem). Wszystkie warzywa zalewamy wodą (chciałam zupę - krem, więc u mnie woda tylko przykryła warzywa), dodajemy ziele, liść, pieprz, korzeń imbiru i gotujemy do miękkości (15 minut), na koniec doprawiamy curry (nie żałować), pieprzem, papryką, ewentualnie odrobiną soli. Miksujemy i gotowe! W wersji de luxe na wierzchu ląduje łyżka mleka kokosowego.






sobota, 13 października 2012

Jak się pozbyć z kuchni cukru, ale nadal jeść słodycze?

Sposobów na wyeliminowanie cukru ze swojej diety szukam od dawna i wbrew pozorom nie jest to takie proste. Jeśli zależy nam na pozbyciu się z kuchni cukru z buraka, alternatywy są jasne: cukier trzcinowy, słody (kukurydziany, jęczmienny, ryżowy), syrop klonowy, z agawy itp. 

Niestety, tym sposobem nie rozwiązuje się kwestii kaloryczności potraw, a wbrew stereotypom mówiącym, że weganie to pewnie wyschnięci z niedożywienia ludzie z szarą cerą, na wegańskiej diecie można się również nieźle podtuczyć. Najprościej byłoby wywalić ze swojej diety wszelkie słodycze, a ciastkowe żądze zaspokajać jabłkiem, ale u mnie takie rozwiązanie po prostu nie przejdzie. Owszem, mogę bez problemu odmówić sobie zjedzenia solidnej porcji ciasta, nie muszę codziennie rąbać herbatników (chyba :P) z drugiej strony lubię do porannej, mocnej i gorzkiej kawy wciągnąć coś słodkiego (kto też tak ma, że na śniadanie organizm domaga się słodkiego smaku?) i nie chcę sobie do końca tego małego rytuału codzienności całkowicie odbierać. To może być witariańskie ciasto, ale tu też często słodycz pochodzi z różnego rodzaju słodów.

Co więcej, mam w domu bliźniacza pod tym względem duszę - faceta, którego zapędy w kierunku słodyczy nie rozgrywają się na polu: kawałek ciasta, pół czekolady, tylko sprowadzają się do opcji: zjadanie półkilogramowej chałwy przy jednym posiedzeniu, wciągnięcie połówki słoika wege kremu itp...

Pewnie dla części z Was wagowo-sylwetkowe problemy to czysta abstrakcja, jednak mój organizm dostał geny po rodzinie mojego ojca (wszyscy z nadwagą), a nie mamy (same szczupaki) i tylko ja wiem, jak wiele wysiłku kosztuje mnie zachowanie wagi. Nie jestem wyznawcą kanonicznej urody w stylu: mega szczupła kobieta, zero piegów i zmarszczek, cellulitu, facet: 5% tkanki tłuszczowej, grecki bóg. Nie wyglądam jak modelka i nie walczę o utrzymanie talii 50 cm, tylko o optymalną, zdrową wagę, z którą dobrze się czuję, bo po prostu wiem, w jak szybkim tempie mój organizm przybiera dodatkowe kilogramy jeśli się nie pilnuję. Widząc zaś, jak od dwudziestu lat mój ojciec próbuje zrzucić ostatecznie nadwagę (raz chudnie, za chwilę znowu przybiera na wadze), zdecydowanie wolę prewencję.

Chcąc jakoś połączyć obie kwestie - jedzenia słodyczy i utrzymania wagi, a jednocześnie chcąc ulżyć w cierpieniu mojemu P., który walcząc ze swym nałogiem zdecydował się nie jeść słodyczy przez rok, zaczęłam szukać możliwości wyrugowania cukru i zastąpienia go czymś zdrowym, smacznym i jednocześnie nietuczącym.

Tak też trafiłam na stewię, której pierwszy słoiczek niedawno zamówiłam i rozpoczęłam eksperymenty z nowym nabytkiem. 

Co to jest stewia? Poniżej garść informacji (z tej strony, a także z ulotki z opakowania) dla tych, którzy jak ja znali ten specyfik jedynie ze słyszenia.

Stewia to roślina, która z jednej strony jest niezwykle słodka (stosowana w kuchni forma stewii jest około 30 razy słodsza niż cukier), z drugiej zaś ma ZERO kalorii. Tak, zero, ale w przeciwieństwie do słodzików w stylu aspartamu nie jest syntetyczną substancją lecz naturalnym źródłem słodyczy. Poza tym stewia ma bardzo fajny smak i zapach, niski indeks glikemiczny, nie fermentuje, działa przeciwpróchniczo, hamuje wzrost płytki nazębnej (czyli działa na zęby odwrotnie, niż słodycze z cukrem). No i można ją przetwarzać - nadaje się do marynat, pieczenia, gotowania. 

Tyle teoria, moje doświadczenia ze stewią prezentują się na razie następująco:

Jabłka prażone ze stewią są przepyszne, mają lekko miodowy zapach i posmak, próby przeprowadzone na rodzinie wykazują, że jest to smak nieinwazyjny i przyjemny - nikt nie wpadł na to, że jabłka nie są ze zwykłym cukrem :)

Jeśli chodzi o pieczenie, muszę pokombinować, zrobiłam na razie szarlotkę i wyszła całkiem niezła w smaku, ale fakt, że stewii dodaje się np. tylko jedną łyżeczkę a nie szklankę sprawia, że zaburzają się proporcje składników. Samo ciasto wyszło więc całkiem smaczne, ale konsystencja była dla mnie średnia - zbyt krucha, spód się rozpadał; muszę pomyśleć, jak zmodyfikować składniki, żeby nie zachwiać równowagi :)

Dla tych, którzy piją herbatę z cukrem (nie należę do takich, ale mój P. owszem): posłodzony stewią napój jest bardzo smaczny i aromatyczny, zero wrażenia sztuczności jak w przypadku słodzików (dla mnie słodzik jest ohydny). No i zero kalorii, co oznacza, że pijąc np. trzy herbaty dziennie ze stewią zamiast cukru, oszczędza się sobie wchłonięcia jakichś 240 kalorii (przy opcji słodzenia 2 łyżeczkami cukru) czyli równowartości jednego małego  posiłku.

Dalsza relacja z eksperymentów ze stewią wkrótce, po pierwszym rozpoznaniu myślę, że warto po nią sięgnąć i polecić do wypróbowania tym, którzy najsłodszej rośliny na Ziemi (podobno) jeszcze nie znają :)

________________
A na koniec jeszcze obrazowe zestawienie tego, co znajduje się w napojach, pewnie dla wegan większość tych napojów i tak jest poza obszarem zainteresowania, ale wiedzieć warto :)