piątek, 30 grudnia 2011

Dwie rzeczy są wieczne, czyli o ludzkiej głupocie

 
Od dwóch dni siedzę w domu i pracuję przy kompie. I co przeszkadza mi najbardziej? Własna niemoc twórcza? Nie. Brak woli skupienia nad robotą (czytaj: nieróbstwo)? Nie. Więc cóż takiego?
Ludzka głupota. 
Od dwóch dni co chwilę słyszę za oknem wybuchy, wystrzały - jednym słowem HAŁAS. A że mieszkam przy parku, słyszę też ludzi, którzy w przerażeniu wołają swoje psy po takiej eksplozji, próbując je uspokoić (to w lepszym wariancie, gdy pies jest na smyczy), lub też złapać, bo przestraszony psiak nie wie co się dzieje i pędzi przed siebie jak oszalałe.
Tak, wiem, każdy rozsądny właściciel psa nie spuszcza go ze smyczy z tydzień przed sylwestrem (no bo na boże narodziny też można postrzelać z radości, zapewne, czyż nie?) i ze dwa tygodnie po, kiedy to oszołomy będą latały z tym, co jeszcze nie wybuchło i nie zostało podpalone.
Bilans? Pełno zwierza w schroniskach, szukający właściciele, trochę palantów z poparzeniami, pewnie z jedna urwana ręka. Żal mi tylko zwierząt i dzieciaków, które z nudów, głupoty właściwej wiekowi i zaniedbania zrobią sobie krzywdę niedopałkiem...
A reszty nie rozumiem - czy naprawdę dorośli, rozwinięci ludzie widzą coś wspaniałego w dźwiękach, które przypominają mi przede wszystkim odgłosy bomb, strzałów (za każdym razem jak dobiega mnie taki huk, mam ciarki). Spoko, wiem, jest jeszcze efekt wizualny i to robi swoje. Błyszczy, świeci, oślepia, jest kolorowe i kiczowate, nie wymaga zaangażowania głowy. Czyli ma wszystko to, co powinna mieć współczesna rozrywka. Nigdy nie zrozumiem świata ludzi, u których przez okna, zimowymi wieczorami widać tylko refleksy włączonego telewizora.
Pozdrawiam tych, którzy jak ja mają już wykupione prochy dla zwierząt, żeby jakoś to przetrwały, a jutro wyciągają planszowe gry, karty i szampany piccolo!
__________________________________
z ostatniej chwili: znalazłam właśnie w necie artykuł o surowym zakazie używania fajerwerków w Turynie. Wprowadzono go ze względu na bezpieczeństwo zwierząt. Za niestosowanie się do przepisu, grozi kara jak za maltretowanie zwierzaków! Artykuł tu. Czyli można, jak się chce i trochę myśli? Można.


Vegan Warriors



Uwielbiam ćwiczyć. Jeśli jestem chora i nie mam siły nic robić, albo gdy praca uniemożliwia mi trening danego dnia staram się chociaż zrobić wieczorny stretching. Od dłuższego czasu dwudziestominutowe rozciąganie przed snem stało się dla mnie równie oczywiste i niezbędne jak umycie zębów. Bardzo rzadko zdarza się, że omijam ten punkt dnia. Efekt takich zabiegów jest odczuwalny od razu - puszcza napięcie w mięśniach, bóle spowodowane siedzeniem przy komputerze, prowadzeniem samochodu znikają.
Jednak maksymalną frajdę sprawiają mi treningi z powerem :) Takie, po których wszystkie mięśnie się trzęsą i z trudem łapię oddech :) Często poszukuję nowych inspiracji, spędzanie godzin w klubie fitness znudziło mi się już dawno więc nie chodzę, dodatkowym atutem trenowania solo jest możliwość dostosowywania ćwiczeń do własnych potrzeb, samopoczucia, kondycji.
Po co? Zdrowie, wygląd, forma. Jasne, ale przede wszystkim satysfakcja, że pokonuje się słabości własnego ciała, zaczyna nad nim panować. Duma, gdy udało mi się podciągnąć pierwszy raz na drążku, przebiec 20 kilometrów - bezcenna  :)
Jednym z moich niedawnych odkryć jest calisthen (i to w wegańskim wydaniu), który to próbuję małymi krokami adaptować do swoich treningów. Nie znoszę bajek, że dieta wegańska to spoko, ale nie dla sportowców, bo nie ma z czego budować mięśni. Otóż jest z czego:
Troje sportowców, trzy różne dyscypliny, trzy typy treningu, jeden wybór - weganizm :)

środa, 28 grudnia 2011

Lasagne z cukinią

Nie jestem fanką świątecznego obżerania się za cały rok, a dodatkowo dość poważnie się rozchorowałam przed imprezą i nie bardzo miałam siłę i ochotę na wielogodzinne posiedzenia w kuchni. Moja rodzina oczywiście zadbała o wegańskie potrawy, ale te wszystkie kapuchy, kluchy i inne nie są moim ulubionym jedzeniem ;)
Dlatego jak tylko udało mi się wygrzebać spod tony chustek wparowałam do kuchni, zaczęłam sprawdzać co jest w szafkach i tak powstały*:
Lasagne z cukinią

1 cukinia
puszka pomidorów 
1 cebula
2 ząbki czosnku
oliwa
opakowanie makaronu lasagne
sól
pieprz czarny
oregano 


sos beszamel:
4 łyżki mąki pszennej
olej
mleko sojowe 
pieprz ziołowy
sól
pieprz
chili


Na oliwie podsmażamy posiekaną cebulę, czosnek, po chwili dodajemy startą na tarce o grubych oczkach cukinię. Po kilku minutach dodajemy puszkę pomidorów i na mniejszym ogniu dusimy przez 10 minut doprawiając solą, pieprzem i oregano.




Sos beszamelowy:
Na patelnię wlewamy 4 łyżki oleju, dosypujemy mąkę i chwilę mieszamy aż składniki się połączą. Stopniowo dolewamy mleko sojowe (około 1,5 - 2 szklanki) ciągle mieszając. Sos będzie mocno gęstniał, ale dopóki nie osiągnie konsystencji gęstej śmietany dolewamy mleko i mieszamy. Doprawiamy tak, by miał dość wyrazisty smak (tradycyjnie sos ten przeprawia się gałką muszkatołową, ale nie miałam w domu, więc improwizowałam).

Posmarowaną oliwą podłużną formę wykładamy na przemian: płatami makaronu, sosem z cukinią, makaronem, beszamelem, itd. Na wierzchu powinna być warstwa beszamelu, którą skrapiamy oliwą żeby się za szybko nie spiekła. Całość ląduje w piekarniku na około 40 minut, aż makaron będzie miękki.



*Zastanawiałam się, jak powinno się poprawnie odmieniać tę potrawę i oto odpowiedź: "Lazanie są jak kluski – te, nie to. W kartach dań spotykamy raczej pisownię obcą, bo wygląda wykwintniej i tak nazwana potrawa chyba lepiej smakuje. Niezależnie od pisowni wymowa jest jedna – [lazańje]".
— Mirosław Bańko, PWN

poniedziałek, 19 grudnia 2011

...i przepis na pierniczki

Na sporą puszkę pierniczków potrzeba:

pół kostki wegańskiej margaryny
1/2 szklanki cukru trzcinowego nierafinowanego
2 i 1/2 szklanki mąki pszennej
około 1/2 szklanki słodu (ja miałam ryżowy)
1 łyżeczka sody
po łyżeczce: cynamonu, mielonych goździków, imbiru (lub gotowej mieszanki do piernika)


Miękką margarynę miksujemy z cukrem, dolewamy słód, przyprawy, sodę i jeszcze przez chwilę mieszamy. Dodajemy stopniowo mąkę i ręką zagniatamy ciasto. Moje wydało mi się dość twarde więc dolałam podczas zagniatania jeszcze trochę słodu, ale to pewnie zależy od typu mąki i rodzaju słodu (np. pszeniczny ma zupełnie inną konsystencję niż ryżowy). Jeśli z kolei ciasto będzie się kleiło do rąk, trzeba dosypać trochę mąki. Zawinięte w folię ciasto wkładamy do lodówki na godzinę, następnie cienko wałkujemy podsypując mąką. Ja pokroiłam cały kawał ciasta na plastry o grubości centymetra i z każdego zrobiłam placek. Postemplowałam, wycięłam i pierniczki pomaszerowały do piekarnika na około 10 minut - trzeba bardzo pilnować czasu, bo słód lubi się palić. Jeśli chodzi o temperaturę wypieku: około 160-180 stopni (piekarnik, którego używałam miał tylko wkładany, zewnętrzny termometr więc podaję średnią). Pierniczki po wyjęciu z pieca są bardzo miękkie, dlatego trzeba je ostrożnie przełożyć na coś płaskiego, żeby się nie odkształciły. Jak chwilę przestygną, twardnieją. Swoje ciastka włożyłam do metalowej puszki na kilka dni (podobno pierniczki jak postoją, robią się lepsze), w piątek zabiorę się za dekorowanie lukrem i czekoladą.

Pierniczki

Lubię wycinać ciastka używając coraz to nowych foremek. W zasadzie gotowanie interesuje mnie wtedy, gdy można zrobić z niego sztukę: kreowania nowych kształtów, smaków, połączeń. Nie wyobrażam sobie robienia przez dwadzieścia lat tych samych kotletów na obiad (taka mała złośliwość pod adresem tych, którzy na wieść o mojej diecie mówią "o rany, to ty ciągle jesz tylko soję i soję"). Dlatego kombinuję. Poniższy przepis wypróbowałam po raz pierwszy modyfikując, dodając, chwilami złoszcząc się, że ciasto się nie poddaje tym zabiegom zbyt łatwo. Ale udało się! Przy okazji do ozdabiania użyłam moich drewnianych stempli, które na co dzień przydają się do zupełnie innych zastosowań. Oto efekt przed pieczeniem:


I po:

sobota, 17 grudnia 2011

Przypowieść o Bożym Narodzeniu



W niedzielę jechałam samochodem przez jedną z podwarszawskich wsi, było już ciemno, z naprzeciwka nadjeżdżał dość wolno jakiś samochód. W świetle jego reflektorów zobaczyłam, że na przeciwległym pasie próbuje bezskutecznie podnieść się pies. Zaczęłam zwalniać, żeby ten drugi kierowca miał miejsce by psa ominąć. I tak już wiedziałam, że się zatrzymam i zobaczę, co ze zwierzakiem. W tej samej chwili samochód przejechał po psie. Kierowca auta nie próbował zwierzaka wyminąć, nie zahamował, nie zatrzymał się słysząc pisk. Po prostu wjechał na bezbronnego psiaka i pojechał dalej.
Mały pacjent ma połamaną miednicę, kilka żeber. Od uderzenia w głowę nie będzie widział, na razie powłóczy tylnymi łapkami - weterynarz twierdzi, że jak kości się zrosną, powinien chodzić. Pierwszej nocy miał tak silny krwotok wewnętrzny, że krew sączyła się przez nos, oczy, pysk...
Przy okazji okazało się, że na szyi ma centymetrową czerwoną szramę - najpewniej od łańcucha...
Nie spisałam numerów tablic, nie pamiętam jak wyglądał samochód ani kierowca. Spieszyłam się z psiakiem do weterynarza. Nie będzie żadnej kary, chwili refleksji, wyrzutów sumienia. Będzie za to dobre samopoczucie, niedzielna wizyta w kościele, hucznie obchodzone święto narodzin "boga miłości", powtarzanie formułek w stylu "kochaj bliźniego swego".
Dlatego już dawno w to wszystko nie wierzę.
Amen.

niedziela, 27 listopada 2011

Cannelloni z farszem sojowym i pomidorami


W przeciwieństwie do mojego P. nie jestem fanką makaronu. Kluchy wydają mi się straszliwie zapychające - nawet jak są świetnie ugotowane i doprawione sensownym sosem, co rewelacyjnie potrafi robić moja siostra. Jest jednak jedna wersja makaronu, którą zdecydowanie lubię - są to tytułowe rurki, które pod wpływem nadzienia i zapiekania stają się przepyszne! Mój zachwyt wynika być może z tego, że chociaż makaron jest podstawą tego dania, to fizycznie jest go w nim niewiele :) rurki są cienkie i stanowią fajny dodatek do sosu.

Oto przepis:

Opakowanie cannelloni
150 g granulatu sojowego (drobnego)
1 cebula
Kilka płatów do lasagne
Dwie puszki krojonych pomidorów
Ząbek czosnku
Sos sojowy (miałam jasny)
Przyprawy: sól, pieprz czarny, bazylia, oregano, rozmaryn, tymianek (dwóch ostatnich nieco mniej w stosunku do b&o)
oliwa


Proteinę sojową gotujemy 2-3 minuty w wodzie z dodatkiem sosu sojowego. Na głęboką patelnię wlewamy kilka łyżek oliwy, wrzucamy posiekaną cebulę i wyciśnięty czosnek. Kiedy cebula się zeszkli, dodajemy odcedzoną soję, sól i pieprz. Po kilku minutach dodajemy jedną puszkę pomidorów, resztę przypraw (farsz powinien mieć wyrazisty smak). Dusimy jeszcze 5-10 minut i odstawiamy do ostygnięcia. W tym czasie smarujemy brytfankę olejem, dno wykładamy kilkoma plastrami makaronu do lasagne (w ten sposób unika się przylgnięcia rurek do dna). Cannelloni napełniamy farszem i układamy w brytfance. Na marginesie wspomnę, że rurek nie gotujemy! Wpychamy nadzienie do surowego makaronu - moja siostra kiedyś ugotowała go przed napełnianiem czymkolwiek i wyszła kompletna katastrofa, posklejał się, rozpadał i nie było mowy o dalszej obróbce :) 
Drugą puszkę pomidorów mieszamy z przyprawami, miksturą polewamy ułożone rurki. Cannelloni zapieka się w piekarniku aż makaron zrobi się miękki, jednak ja wielokrotnie dusiłam swoją wersję tej potrawy na kuchence gazowej - przed dłuższy czas nie miałam piekarnika i trzeba było sobie jakoś radzić :) Brytfanka sprawdza się tu znakomicie dzięki temu, że ma grube dno i dobrze trzyma ciepło. Stawiam ją na małym ogniu na około 40 minut i Cannelloni wychodzi świetnie! I tym razem, mimo posiadania sprzętu do pieczenia w kuchni, zdecydowałam się na kuchenkę - udaje się bezbłędnie :)


Na deser proponuję szarlotkę na "kruchym cieście z głowy" ;) według rewelacyjnego przepisu Elżbiety. Ciasto jest niesamowicie kruche i ma delikatnie cytrynowy posmak. Świetne!


ps. A zamiast kolacji, po dniu leniuchowania, lekkiego obżarstwa i przytulania psiarni - wieczorny trening :)

piątek, 25 listopada 2011

Mit białka


Ostatnio w jednej z moich ulubionych gazet, "Forum" (cotygodniowym przeglądzie artykułów z prasy światowej) przeczytałam tekst zatytułowany "Grzyb zamiast krowy". Przedrukowany z "Guardiana" artykuł sugeruje, że odwrót od jedzenia mięsa musi wcześniej czy później nastąpić. Oczywiście obie gazety nie są w żadnym stopniu "wegańskie", stąd wśród przytaczanych przeciwko mięsu argumentów nie pojawiają się, kluczowe dla mnie, problemy cierpienia zwierząt, zabijania, masowej hodowli itd.  Jednak paradoksalnie to właśnie dobrze, bo do większości ludzi lepiej trafia argument: "to nieekonomiczne", niż "to nieetyczne". Ile razy już nasłuchałam się opowieści pt. "no wiesz, ale czy zwierzęta naprawdę cierpią? czy są tego świadome? No i nie mają przecież duszy i bóg stworzył je, byśmy je jedli". Brrrrrr... Nawet nie chce mi się już o tym gadać ani pisać. 
Wracam do artykułu. Autor przedstawia ograniczanie spożycia mięsa jako konieczność wywołaną przede wszystkim dwoma czynnikami: zmianami klimatycznymi i wzrostem ludności. Fakt ten jest pewnie znany zainteresowanym tematem (BTW 1/5 gazów cieplarnianych emitowanych do atmosfery pochodzi właśnie z hodowli!), dla mnie ciekawsze jest to, co w tekście pojawia się marginalnie, ale dotyka podstawy całego problemu - "filozofii jedzenia". Chodzi mi o wskazanie tego momentu w historii, gdy mięso stało się podstawowym elementem diety, kiedy ludziom wmówiono, że tak było od zawsze, i że to jedyna słuszna droga do zdrowia i długiego życia. Otóż okazuje się, że gwałtowny wzrost spożycia mięsa przypada na połowę XX wieku, a dokładnie lata powojenne, co jest w dużym stopniu związane z rozwojem technologii, swoistym skokiem cywilizacyjnym - "skutkiem ubocznym",  jaki przyniosła praca nad doskonaleniem maszyn do zabijania. Nie chcę w tej chwili wchodzić w głębsze dyskusje nad porównywaniem obozów koncentracyjnych do hodowli zwierząt, zasygnalizuję jedynie to, często pojawiające się zestawienie, które mimo pewnych zastrzeżeń (idee towarzyszące obu zjawiskom itd.) wydaje się niezwykle trafne.
Myślę, że nie jest nadużyciem mówienie o lobbingu producentów mięsa - chodzi mi przede wszystkim o wmawianie, że ludzie potrzebują jakichś niewiarygodnych ilości białka, no i że oczywiście właściwym jest tylko białko zwierzęce. We wspomnianym tekście powiedziane jest wprost, że jest to kłamstwo. Co więcej, sugeruje się, że niepotrzebne są wszelkie wymyślne zastępniki białka zwierzęcego, które szybko zaczęli wpychać na rynek producenci zarabiający na "micie białka" (swoją drogą o tym wynalazkach pochlebnych słów w przywołanym tekście nie znajdziemy). Wystarczy "chłopska mądrość, kuchnia oparta na roślinach strączkowych i zbożach". "Białkowa ewangelia", jak nazywa ów mit białka G.Canon była jedyną panującą i głoszoną przez niemal 100 lat z trzech powodów "potęgi, imperiów i wojen". Chodziło m.in. o "narodowy priorytet" w postaci szybkiego wzrostu ludności, jaki zapewnia skoncentrowane biało zwierzęce podawane we wczesnych fazach życia. Po cóż byli ci ludzie? By brać udział w wojnach, prowadzić operacje lądowe, w które obfitował XX wiek...
Brzmi to niewiarygodnie, gdy początek ideologii mięsa (sztuczny, przyspieszony wzrost) zestawi się z dzisiejszymi hasłami sugerującymi, że nie ma nic zdrowszego, niż białko zwierzęce... Co więcej, badania pokazują, że przeciętny mieszkaniec USA czy Anglii zjada dwa razy więcej proteiny, niż w rzeczywistości potrzebuje. 
Jaki z tego wszystkiego wniosek? Banalny, truistyczny, ale jakże często pomijany: nawet jeśli ktoś nie jest weganinem, nie interesuje się etycznym aspektem takiej diety, zwracanie uwagi na to, co pojawia się w mainstreamowym przekazie ma ogromne znaczenie niezależnie od wyborów żywieniowych. To, że producenci wspierani przez władzę wydają się grozić: "nie będziesz pić mleka, będziesz mieć osteoporozę, brzydkie zęby i kiepski mózg" nie musi być prawdą. Jeśli przyjrzeć się zmianom w diecie człowieka w ciągu ostatnich stu lat np. w rejonie środkowoeuropejskim okazuje się, że dzisiejsza norma, nie była takową nawet dwadzieścia, czy trzydzieści lat temu... Nie trzeba daleko szukać, wystarczy pogadać z dziadkami, czy rodzicami. Zapytajcie - ja ostatnio usłyszałam np. o słodziku, który kiedyś wydawał się epokowym odkryciem, a dziś wiadomo, że po pierwsze oszukuje się organizm (bo ten myśli, że skoro czuje słodki smak, dostanie cukry do trawienia, a nie dostaje), po drugie jest wielce prawdopodobne, że wpływa na rozwój komórek rakowych. Podobnie papierosy, których szkodliwości jeszcze 40-50 lat temu nie ujawniano tak chętnie i wszyscy dookoła palili popularne, caro, mocne, także przy dzieciakach, kobiety będąc w ciąży, wszyscy dokoła nich itp. (to niestety smutna opowieść mojego taty...). 
Jednym zdaniem? 
Myślenie nie boli! Polecam!

czwartek, 10 listopada 2011

Trzy razy "R"...

... czyli:
Reduce (get rid of some of your stuff)
Refuse (to get more new stuff)
Rejigger (your priorities)

"100 thing challenge" to zapoczątkowany przez Dave'a Bruna ruch stanowiący protest wobec konsumpcjonizmu w jego najbardziej wybujałym - amerykańskim (czy też szerzej: zachodnim) wydaniu. Zasada jest prosta - redukujesz swój stan posiadania do stu przedmiotów, których najbardziej potrzebujesz. Oczywiście mało kto jest w stanie od razu dojść do setki, sporo ludzi, którzy zdecydowali się na system "trzy R" stopniowo pozbywa się gratów. Ze spuszczoną głową dodam, że nie jestem gotowa na takie postanowienie, a przynajmniej na tak radykalne pozbycie się swoich rzeczy. Ale zrobiłam pierwszy krok - listę, na której znajdują się najbardziej niezbędne w moim mniemaniu przedmioty, rozejrzałam się po swoim mieszkaniu i stwierdziłam, że wprowadzam na początek zasadę: 
Jedną rzecz kupuję - jedną rzecz oddaję
Jeśli sprawiam sobie nową bluzkę (co dla mnie oznacza  zwykle - z lumpeksu, ale jakby nie było stan posiadania się powiększa), oddaję jedną z szafy. Jeśli kupuję płytę, daję komuś znajomemu taką, której raczej nie będę słuchać (zawsze mogę po prostu pożyczyć, albo od biedy posłuchać na Youtube). Czuję, że naprawdę nie potrzebuję więcej, niż mam, a mnóstwo rzeczy można przerabiać, wykorzystywać w inny sposób, dać zapomnianym gratom nowe życie. Oczywiście, lubię gadżety - a dokładnie przybory kuchenne we wszelkich odmianach, ale przecież nie muszę mieć ich tonę. Mam zajoba na punkcie foremek do wykrawania ciastek i mogłabym mieć ich tysiące, ale ostatnio zamiast kupować coś, co mi się podobało, po prostu pożyczyłam fajne muminki od przyjacióły i tyle. Przy okazji miałyśmy niezły fun przy ich wspólnym wykorzystywaniu więc korzyści podwójne :)
Zbliża się oczywiście faza szczytowa kupowania bez ograniczeń, tzn. wszystko dookoła krzyczy: "idą święta, KUP!" (swoją drogą to było dość kuriozalne, gdy jeszcze kilka dni temu ozdoby bożonarodzeniowe przeplatały się z dyniowymi potworami na wystawach i zniczami w ofertach sklepów), ale zamierzam w ramach swojego postanowienia powiedzieć wszystkim, że jeśli chcą mnie obdarować, to proszę bardzo, ale czymś do jedzenia, a i sama spróbuję jak najwięcej prezentów uzyskać w opcji D.I.Y. O!
 

środa, 9 listopada 2011

Falafle rulZ


Dziś przepis na moje ulubione falafle*: z dużą ilością pietruszki i - jeszcze większą - aromatycznych przypraw. Z niżej podanej ilości składników wychodzi około 30-40 kotlecików. Robię hurtem, bo mielenie surowej ciecierzycy plus smażenie zajmuje trochę czasu, a nie zawsze takowym dysponuję, za to falafle chętnie wciągam niemal zawsze. Nadwyżkę falafli mrożę i wyciągam kiedy potrzebuję szybkiego obiadu :)

Falafle

1 kg ciecierzycy namoczonej przez minimum 12 godzin
3 pęczki natki pietruszki
sól
pieprz
chili
kmin rzymski (zmielony)
kolendra
czosnek
cynamon
olej do smażenia


Namoczoną ciecierzycę (surową) blendujemy lub mielimy w maszynce. Ostatnio odkryłam w szafce u rodziców powojenną, amerykańską (ciężką jak diabli!) maszynkę i okazało się, że radzi sobie z cieciorą dużo lepiej, niż nowoczesne miksery, malaksery i inne elektryczne urządzenia. A przy okazji nie zużywa się prądu i wyrabia bicepsy :) Do ciecierzycy dodajemy również zmieloną natkę pietruszki i DUŻO przypraw. Kluczowy jest kmin rzymski, ale nie należy żałować także kolendry i czosnku (ja daję 5 sporych ząbków). Ostrożnie z cynamonem, żeby nie przytłoczył innych dodatków. Sól i chili stosuję w niewielkiej ilości, ostrości potrawie dodaje pikantny sos pomidorowy. Całość mieszamy i odstawiamy na dwie, trzy godziny żeby ciecierzyca złapała przyprawy. Dopiero po tym czasie wiadomo, czy trzeba jeszcze doprawić masę - smak staje się wyrazisty, a mieszanka wymienionych wyżej przypraw pachnie fantastycznie! Swoje kotlety smażyłam (w czym dzielnie pomagał mi mój P) na oleju z orzechów arachidowych, ale sprawdzi się każdy inny o neutralnym smaku (czyli tym razem stanowcze >nie< dla oliwy). Na patelni powinno być sporo tłuszczu, a ponieważ falafle uwielbiają go wciągać, odsączam kotlety na papierze. 

Do falafli polecam ostry sos pomidorowy: puszkę pomidorów (lub w sezonie 4 pomidory) miksuję z łyżką harissy (BARDZO ostra, arabska pasta z papryczek chili/piri piri), pieprzem, solą czosnkową. Równie dobrze sprawdzi się tu sproszkowane chili, uwielbiam bardzo ostre jedzenie, więc dla mnie im więcej mocy, tym lepiej :)

*falafel - odmieniam analogicznie do polskiego słowa "wafel", czyli: falafla, falaflu, falaflach itp. zgodnie z zasadą poszukiwania dla wyrazów obcojęzycznych wzorców deklinacyjnych /na zasadzie podobieństwa/ wśród ojczystych odpowiedników  :) uff... 

wtorek, 8 listopada 2011

Ciasto na łyżki

Ostatnio nie udaje mi się wrzucić żadnego przepisu, chociaż sporo się w kuchni dzieje. Wynika to przede wszystkim z faktu, że gotuję zwykle popołudniami, więc kiedy chcę zrobić fotę, robi się kiepskie światło i dlatego decyduję się na poczekanie z fotografowaniem do rana. I wtedy do akcji wkraczają łasuchy, a przede wszystkim mój P., któremu nie da się wytłumaczyć, żeby nie ruszał ciasta, bo chcę zrobić dobre zdjęcie przy dziennym świetle. Również psy wodzą za mną wzrokiem, niuchając w poszukiwaniu kawałeczka do spróbowania. Wzdycham więc ciężko i pozwalam na rozparcelowanie moich "modeli" - tak przepadło ostatnio ciasto marchewkowe. Tym razem udało mi się uratować kawałek szarlotki:


Ciasto jest proste, szybko się je robi i pierwszego dnia najlepiej poddaje się łyżce, dopiero jak postoi i porządnie ostygnie można się pokusić o formowanie nożem bardziej zorganizowanych kształtów :)

Składniki:

ciacho:
1 szklanka mąki żytniej pełnoziarnistej
1 paczka herbatników z wiatrakiem, półsłodkich
1 szklanka płatków owsianych 
1/3 szklanki cukru brązowego nierafinowanego (jeśli ktoś lubi mniej słodkie wypieki spokojnie można ten punkt pominąć)
około 3/4 do 1 szklanki oleju
1 łyżka esencji waniliowej (jeśli brak, może być aromat waniliowy)

Herbatniki wrzucamy do miski i tłuczkiem dość drobno kruszymy. Dosypujemy mąkę, płatki, cukier i dolewając stopniowo olej mieszamy - najłatwiej ręką, bo wówczas czuć, ile potrzeba oleju. Składniki muszą się trochę ze sobą kleić, ale nie połączyć. Wyklejamy foremkę ciastem, zostawiając około 1/3 na kruszonkę.

jabłka:

Ja miałam gotowy słoik z jabłkami i brzoskwinią zrobiony jeszcze w zeszłym roku, ale nawet gdy nie ma się gotowca, przygotowanie prażonych jabłek zajmuje jedynie chwilę. Kilka jabłek i jedną brzoskwinię obieramy i kroimy w kostkę, wrzucamy do garnka i na małym ogniu chwilę podduszamy dodając parę goździków (resztę zrobi pieczenie). Do gorących jabłek dodajemy cynamon, esencję waniliową, wyjmujemy goździki i masą przykrywamy wyklejoną formę. Resztą ciasta posypujemy jabłka i na 25-30 minut wrzucamy szarlotkę do piekarnika rozgrzanego do około 180 stopni.

Do szarlotki świetnie pasuje herbata po arabsku (taki sposób podawania podsunął mi znajomy Turek), do dzbanka należy wrzucić laskę cynamonu i zaparzyć czarną herbatę. W oryginalnej wersji mocno się ją słodzi cukrem, ja dodałam odrobinę słodu ryżowego, ale brązowy cukier tez będzie ok. Przepięknie pachnie, a zwyczajną z pozoru herbatę zamienia w przepyszny napój. Polecam!

wtorek, 25 października 2011

Jak sobie upichcisz, tak się odżywisz


Ostatnio spotkałam pewną eks-wegankę, która wróciła do wegetarianizmu ze względu na problem z kolanem. Stwierdziła, że jej problem jest na pewno związany z dietą, no i lekarz oczywiście potwierdził te diagnozę zapisując dodatkowo żelatynę, którą to owa eks-weganka posłusznie spożywała (sic!). Oczywiście pewnie możliwe są sytuacje, w których organizm źle reaguje na dietę wegańską (albo inną), jednak moja praktyka i wyniki morfologii wskazują, że jak sobie upichcisz, tak się odżywisz. Czyli wszelkie zmiany w diecie naprawdę wpływają na funkcjonowanie organizmu - gdy miałam za mało żelaza wcinałam szpinak z kilkoma kroplami cytryny (bo witamina C przyspiesza wchłanianie żelaza) i po dwóch miesiącach morfologia wyszła idealnie. Początki bywają trudne, jednak tym, co najbardziej cenię w weganizmie jest (oprócz wymiaru etycznego, oczywiście) ŚWIADOMOŚĆ swojego ciała, wartości odżywczych jedzenia i staranność w komponowaniu składników diety. Nie chodzi o odmierzanie, liczenie, zapisywanie, ale myślenie, dopasowywanie i bycie kreatywnym :)
A teraz wrócę do eks-weganki i jej kolana. Od dwóch lat biegam, mam za sobą mnóstwo kilometrów, w tym maraton oraz... kontuzję kolana. Na własne życzenie, bo chciałam więcej niż mogłam w danym momencie :)
Kontuzji pozbyłam się ćwiczeniami (nie było łatwo!), do biegania wróciłam, weganizm w tym ani nie pomógł, ani nie przeszkodził. Na szczęście trafiłam też na świetnego rehabilitanta, który jedyne przyczyny usterki w mojej nodze widział w zbyt słabym mięśniu więc nie nasłuchałam się jak to rujnuję sobie zdrowie. Kazał regularnie ćwiczyć kolano i tyle.
A na fotografii najstarszy maratończyk Fauja Singh. Zaczął biegać dwadzieścia lat temu mając... ponad osiemdziesiąt lat! Dziś ma okrągłą setkę i biega nada. Jest weganinem, ale to chyba oczywiste :P

środa, 12 października 2011

GirlZ talk

Właśnie wróciłam ze spotkania z moją dobrą znajomą - nie za często spędzam kilka godzin gadając z O. więc tym bardziej doceniam spędzony razem czas. Ale nie o tym chciałam pisać. O. dwa lata temu rozstała się ze swoim facetem po dłuuuuuuuugoletnim związku i od tego czasu nie udało jej się znaleźć nikogo, kto nie bałby się trzydziestoletniej, niezależnej, wykształconej, posiadającej zainteresowania i pasje, zdystansowanej wobec siebie  i bardzo dowcipnej babki (zabawne, że jej były po miesiącu miał już nową dziewczynę i chyba nawet nie poprzestał na tej jednej0. Jak stwierdziła O., większość facetów albo ucieka, gdy okazuje się, że jej tożsamość jest zupełnie niezależna od królewicza na białym koniu, a relacje między ludźmi buduje się w oparciu o partnerskie układy, albo aspirujący do roli partnera próbuje stosować tanie chwyty, które nie tylko nie działają, ale i dyskwalifikują kandydata. Dodam, że O. rozgląda się jedynie za wolnymi facetami, więc zabawa w odbijankę nie wchodzi w grę. Nie chcę napierniczać na cały ród męski,bo nie o to chodzi i nie znoszę uogólnień, ale czy nie zastanawia Was dlaczego mnóstwo facetów nadal oczekuje, że kobieta będzie w jakiś sposób podległa i taka jedynie wydaje się atrakcyjną? Dysproporcja może oczywiście dotyczyć różnych aspektów życia, ale jednak najwyraźniej objawia się w pragnieniu obcowania z partnerką mniej inteligentną, bądź swą inteligencję ukrywającą. No, w każdym razie nie dominującą pod tym względem. 
Przeciwieństwem takiej kobiety jest Tori Amos, poniżej fragment Precious things, a jutro koncert Tori w Warszawie :)

He said you're really an ugly girl
But I like the way you play
And I died
But I thanked him
Can you believe that sick sick
holding on to his picture
Dressing up every day
I wanna smash the faces
Of those beautiful BOYS
Those christian boys
So you can make me cum that doesn't make you JESUS 



wtorek, 11 października 2011

Dynia jest piękna!




W tym roku po raz pierwszy zajęłam się dynią na poważnie - kupiłam różne odmiany, część zamroziłam na lodowate, zimowe dni, zaczęłam kombinować z różnymi wariantami i tak powstała przepyszna zupa, która, na przekór burej jesieni, oślepia swoim pięknym, pomarańczowym kolorem! Robi się ją szybko oprócz tej chwili, kiedy trzeba dynię pokroić. Makabrycznie ciężko uporać się ze skórą - może ktoś ma wypróbowaną metodę, jak się do niej dobrać bez oręża?

A na zupę potrzebujemy:


1. Kilogram dyni (ja miałam polską odmianę - to podobno istotne, bo z innej robi się najlepszą zupę, z innej ciasta, z jeszcze innej, jak zapewniał mnie pan sprzedający pomarańczowe cuda, powycinane potwory-lampiony)
2.Kilka ziemniaków (4-5)
3. Dużą cebulę
4. Ewentualnie mleko kokosowe w roli śmietany
5. Czosnek
6. Curry, sól czarna (czyli w rzeczywistości różowa), świeżo zmielony pieprz, papryka chili
7. Wywar z warzyw, albo wegański bulion w wersji instant (proszek, kostka).

Pokrojone ziemniaki, cebulę i czosnek wrzucamy na, pokropioną oliwą, patelnię (polecam głęboką, wówczas można wszystko zrobić w jednym garnku), chwilę podsmażamy i dodajemy posiekaną dynię. Po 10-15 minutach doprawiamy curry i chili. Inspiracją dla mojej zupy był przepis znajdujący się tu jednak dla mnie ta ilość przypraw jest niedopuszczalnie mała :) - pewnie dlatego, że jestem zakochana w bardzo ostrych smakach i staram się używać sól szczątkowo zastępując ją innymi przyprawami. Dlatego nie podaję ich dokładnej ilości, niech każdy wiedziony własnym gustem i intuicją eksperymentuje. Warzywa zalewamy bulionem i gotujemy aż wszystko zmięknie. Miksujemy i jeszcze raz sprawdzamy smak, w razie potrzeby dorzucamy jeszcze trochę przypraw. W oryginalnej wersji smak jest moim zdaniem bardziej spójny i jednolity - curry świetnie dopełnia słodkawy posmak dyni. Ja jednak wolę gdy jedzenie przypomina perfumy - smak jest wielowymiarowy, a kolejne wrażenia pojawiają się dopiero po chwili. Tak właśnie działa szczypta chili w tym przepisie - na początku czuje się słodką dynię, za chwilę curry, a później ostrą nutę papryki. Warto ugotować sobie porcję na dwa dni, po "przegryzieniu się" składników, smak jest chyba jeszcze lepszy. I jako element wzbogacający - zarówno smak jak i wygląd - przed podaniem kładziemy na wierzch łyżkę mleka kokosowego.

sobota, 8 października 2011

Wybory- głosuj na zwierzęta!

Wszelkie wybory - do sejmu, prezydenckie i każde inne wzbudzają we mnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony najchętniej olałabym sprawę i nie poszła, bo wiem, że ludzie, którzy zostaną jutro wybrani przez większość - czyli któraś z partii na P - nie reprezentują moich poglądów, a nawet jeśli, to historia pokazuje, że perspektywa stałej kasy przez cztery lata, niezależnie od tego, czy się coś zrobi, czy nie powoduje trwałe zmiany w mózgu i nie zmienia się wiele.
Dlatego zdecydowanie wolę oddolne inicjatywy zwykłych ludzi, którzy nie wpisują się w hasło "kiedyś byliśmy młodzi i o coś nam chodziło". Ale wracając do wyborów - oczywiście mimo niechęci pójdę jutro oddać głos. I tu pada pytanie: na kogo? Z pomocą przychodzi... VIVA! Poniżej znajduje się link do strony, gdzie wypisani są ludzie kandydujący do sejmu i senatu (z różnych partii), którzy albo nie jedzą mięsa albo działają w organizacjach pomagających zwierzętom albo pracują nad zaostrzeniem prawa chroniącego wszelkie stwory.
Zatem - do urn! :)

głosuj na zwierzęta!

piątek, 7 października 2011

Powiedz mi, o co ci w ogóle chodzi

No dobra, mocna kawa za mną, umysł nieco jaśniejszy - można myśleć. Otóż jestem trzydziestoletnią panną bez dziecka - według oficjalnych spisów prowadzonych przez RP, a dokładnie za dwa miesiące przestanę o sobie mówić z użyciem przymiotnika "dwudziestokilkuletnia". Tyle aparat władzy o mnie, w realu od dziesięciu niemal lat funkcjonuję w konkubinacie (a fe, jakie to brzydkie! tu znów państwo wyziera zza zasłony i grozi palcem). Postanowiłam pisać o przygodach, jakie spotykają mnie z tego tytułu wprawiając w zdumienie, rozśmieszając do łez, albo doprowadzając do furii.
Nie, to nie koniec, sytuacja jest zdaje się bardziej skomplikowana. Otóż nie chcę być matką. Tak samo jak nie chcę być architektem, aktorką, programistką i mnóstwem innych tożsamości, tak nie chcę i tej jednej funkcji. Jak ktoś ma ochotę, spoko rozumiem i nie zniechęcam, za to nie rozumiem pobłażliwych uśmiechów, jak zdarzy mi się przyznać do braku owego pragnienia. Wówczas widzę, że traktuje się mnie jak piętnastolatkę, która składa jakąś deklarację, a wszyscy dorośli, nie traktując poważnie młodzieńczych zapędów, zerkają na siebie myśląc: "tak, tak, my też tacy byliśmy, przejdzie jej", "każdy tak mówi, a potem..."
Aha, i od piętnastu lat jestem wegetarianką, w tym od pięciu weganką więc na pewno pojawi się sporo przepisów. To też miało mi minąć.
Zostało.

czwartek, 6 października 2011

Confiteor

W dobrym kryminale akcja rozwija się powoli, autor stopniowo ujawnia istotne szczegóły, nie zdradza zbyt wiele na pierwszych kartach tekstu tak, by uwodzić czytelnika, mieć go w garści potęgując nieustannie napięcie.
Innymi słowy: nie obiecując zbyt wiele na wstępie można się w dowolnym momencie wycofać lub całkowicie zmienić tor opowiadania, zaskoczyć wszechwiedzącego narratora, a tym samym pozbawić go owej, jakże wygodnej, możliwości bycia ponad własną opowieścią.